wtorek, 29 grudnia 2009

A my na wczasach

Mój kochany pamiętniczku,
to miał być taki piękny dzień. Słońce skrzy się na ośnieżonych stoczach, narciarze szusuja, praktycznie nie mam gorączki, gardło boli tylko nad ranem, nos odtyka się przy dziesiątym smarknięciu.... cudze dzieci w zasadzie mnie nie wkurzają. Jak jestem wyspana to nie.
Tymczasem własna krew z krwi i ciało z ciała odwala numer w postaci "Dzisiaj nie ma spania". Nie wiem jak dla niego, ale dla mnie to 2,5 h wyjęte z dnia i życiorysu. No nie ma spania i już. Jest wycie i histeria.
[Dzień dobry, mam dwa latka, dwa i pół, sięgam głową do szczęki mamy, jak leży i walę z całej siły. Jak mam lepszy nastój, to kręcę mamie loka, aż do wyrwania. Fajnie jak włos tak wystrzeliwuje ze swojej cebulki z dżwięcznym "ping". Wołam wtedy radośnie "ba-bam".]

Dobrze odżywione Dziecko, sztuk jeden, nie bite, zamienię na inne w równie dobrym stanie, tyle że umiejące samodzielnie zaparkować tyłem w łóżku. Za 2-3 lata mogę się odmienić.
Dzięki Najwyższemu za przyjaciółki i likier kawowy dobrze schłodzony.
To na dziś tyle i niech przylecą motyle.

wtorek, 22 grudnia 2009

Jingle bells

A co tam, zaczynam święta. Spakowałam nas w 17 walizek i 3 reklamówki. M nie włączył się, jakby się kto pytał.
Dwa razy przypaliłam ten sam garnek. Jeszcze se odkurzę i jestem gotowa. A, nie jeszcze muszę pograć na konsoli. Phi.
I jeszcze spakować zabawki w koszyczek. Phi

No to Wesołych i Niech Nowy Rok będzie Si.

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Snoopy snoop

Jadę sobie dziś i trochę się nad sobą użalam. Z tego powodu, że okropnie chce mi się siusiu i jak to jest możliwe, że ledwo co łyknęłam tą latte z sojowym, a już chce mi się siusiu.
Ale oczywiście rozejrzenie się wokół, jak zwykle, pomaga. Inni mają gorzej. Jeden facet na przykład, musi dostarczyć gdzieś zlew i skrzynkę z narzędziami autobusem. Na razie stoi na przystanku i marznie. Pod pachą ma zlew dwukomorowy. Drugą ręką pisze smsa.
A inny, biedaczek-palacz, musi jechać z otwartym oknem w samochodzie i jeszcze rękę do nadgarstka trzyma na dworze. To z dbałości o zdrowie - nie chce się tego dymu tak przesadnie nawdychać.
Albo tamta pani w czarnym leksusie ze skórzaną tapicerką. Taki ma makijaż nieskazitelny. I bordowe paznokcie. Ale ze wskazującego jej odprysło trochę. To musi być dla niej niezły stres.
Więc co ja tu z moim pęcherzem wyskakuję. W sumie powinnam się cieszyć, że już się napiłam kawy, a jeszcze mam.

Poza tym to M obiecał wykorzystać swoje chody w internecie i sprawić, aby blogasek był najpopularniejszym durnopisem w sieci. A więc uwaga, pastujemy buty i zachowywać się, bo idziemy do ludzi!

niedziela, 20 grudnia 2009

Skrzypi co ma skrzypiec

Czyli śnieg, deski w podłodze i drzwi u sąsiadów.
A my sobie siedzimy w cieplutkim domeczku, śpimy w cieplutkim łóżeczku, pijemy cieplutką pinacoladę.
(M strzela do wroga, o, krew się rozbryzgała po ekranie!)
Trochę o tym spaniu. Spanie z Dzieckiem to niezły survival. Znaczy dla mnie, bo M śpi jak kawal drewna, a po łóżku w nocy przemieszcza się ruchem górotwórczym, nie znającym przeszkód i świętości.
Za to dla matki jest to wyzwanie, bo każda matka wie, ze jej dziecko w nocy narażone jest na liczne niebezpieczeństwa, począwszy od bezdechu samoistnego, a kończąc na bezdechu wywołanym przygnieceniem rodzicem, poprzez wychyniecie spod kołderki i zmarzniecie. Tak wiec stan i żywotność Dziecka sprawdzam co 10 minut. Jakby licząc, że tyle wytrzyma na tym bezdechu....
I to dlatego muszę chodzić spać o 21 i ledwo co wstaje o 7. Nie ma to nic absolutnie wspólnego z samodzielnie rozpracowaną butelczyną ajerkoniaku.
Dla usprawiedliwienia dodam, że ajerkoniak był prezentem i nie wypada po prostu go nie wypić.

Poza tym co? Dwa ataki histerii dwulatka. Jeden zakończył się w miarę pokojowo - po prostu nie poszliśmy na spacer. Natomiast drugi doprowadził Dziecko do takiego stanu niewyspania, że wsadziliśmy je w samochód i uśpili po amerykańsku, czyli jeżdżąc po mieście. Przejażdżce towarzyszyła próba odbycia spaceru po pięknie udekorowanych uliczkach Warszawy. Próba, jak można się spodziewać, nieudana. Mróz wpędził nas najpierw do klimatycznego HiMu (ochyda!!), a potem do równie klimatycznego KFC. W ten sposób w jeden wieczór zaliczyliśmy pięć literek:))
W KFC Dziecko poznało swoją prawdziwą miłość - junk food. I pomyśleć, że od jakiegoś roku wtłaczam w nie kaszę jaglaną, kiełki lucerny i wmawiam, że suszona żurawina to gumisie..... Po 3 minutach w KFC, Dziecko z pełną wprawą moczy frytki w keczupie heinza i popija icetea.

W drodze powrotnej Dziecko zasnęło tak skutecznie, że w domu zostało rozebrane z rękawic, czapki, szalika, kurtki, spodni i butów bez mrugnięcia okiem.

Na tym skończę, bo M właśnie oblał ścianę czerwonym winem. Drogim.

piątek, 18 grudnia 2009

Na huśtawce


Siedzę sobie na huśtawce. Bujam się góra dół, do przodu do tyłu. Fajne są przeciążenia? No nawet. Dziś na ten przykład rozbeczałam się przy kolędzie Przybieżeli do Betlejem. Ale potem przypomniałam sobie, jak Tata pokazuje "bydlęta klękają" i zaczęłam rechotać. Fajnie, co.
Wczoraj beczałam przy reportażu o niechcianych labradorach. Durnota taka.
Co gorsza Dziecko też wsiadło na huśtawkę zwaną bunt dwulatka. Za tą huśtawkę dziękujemy. Czy są zwroty? bo jest do bani. Przeżyłam dziś rano drugi atak histerii Dziecka w życiu. Mróz - 15. Samochód zaśnieżony, bo stał na dworze. Ja cała w śniegu bo odśnieżam, a nie mam tego komfortu żeby sobie do marca czekać, aż samo stopnieje. Wsadzam Dziecko w fotelik, sama się usadzam, ruszam, ujeżdżam 200 metrów. Nagle wrzask, płacz, ale z tych świdrujących jak "przycięłaś mi brodę suwakiem". Boże! zjeżdżam na pobocze, wyskakuję w hałdę śniegu, wyciągam Dziecko. A Dziecko mnie kopie. To stawiam na ziemi - skacze, drze się, rzuca w śnieg. Przypomnę, że stoję na poboczu, więc muszę mu jakoś ograniczać ruchy. Próbuję wcisnąć do samochodu - pręży się. Nie muszę chyba dodawać że na tym etapie jest już zasmarkany po pachy, a ja od pach w dół.
Tłumię w sobie klapsa i lekko dopychając łokciem i kolanem wtryniam Dziecko w fotelik. Ocieram smarki. Podkręcam radio i jedziemy. Drze się jeszcze z 5 minut. Nagle cisza jak nożem uciął.
Po chwili "Żuk. Żuk"
No dobra, to dajemy "Do biedronki przyszedł żuk...."
Spociłam się jak na Cyprze.

czwartek, 17 grudnia 2009

Dzień bez k

Chciałam napisać.
O śniegu, korkach, Zygzaku, staruszkach w letnich butach.
Ale potem przeczytałam soso i pierwszą i straciłam wenę.

Szlag!

A dziś dzień bez przeklinania. Nie wiem, czy dam radę...
Jeden pan inżynier budowlany powiedział, że przekleństwa na budowie pełnią funkcję dynamizującą. Zapożyczam sobie to do mojego słownika osobistego.

No to może później wrócę do moich tematów.

środa, 16 grudnia 2009

Zylka w oku mi tyka

No bo do jasnej anielki, ja tu wstaje bladym switem. Kaszke gotuje, figi mocze, jabluszka siekam. Kapie sie ekspresowo, wlos krece, oko maluje i ogolnie zwijam sie jak w ukropie. Dziecko spi. Nadchodzi moment gdy jestem juz gotowa na zderzenie z rzeczywistoscia matki-Polki, wiec zaczynam halasowac. Miksuje sniadanie, wlaczam ekspres do kawy, radio. Dziecko spi.
Aha, no to szybciutko z ta kawka przed komputerek, odwiedzam ulubione strony, cos sobie skobne w blogasku. Ale mi dobrze. No ale przychodzi taki moment, ze ja musze do tej roboty isc. A dziecko spi. To ja do sypialni. Z M gadam, Dzieckiem potrzasam, glaszcze, laskocze. A Dziecko spi.
No to ja nie wiem, co jeszcze? Niech zostanie dzis w domu i troche posprzata. Zupe moglby ugotowac.

Ale to jeszcze nie powod do tykania zylki.

Potem M mi mowi. Jade w styczniu do Vegas na targi, ale szef mowi, zeby ten wyjazd traktowac turystycznie.

No gdzie tu kurna sprawiedliwosc? Niech mi unia dofinansuje wyjazd do Vegas!

wtorek, 15 grudnia 2009

Size up

Zaspałam, ale się nie spóźniłam.
Zrobiłam sobie kawę na drogę, ale wsadziłam ją do bagażnika.
Wypiłam zimną w pracy.
Jestem na szkoleniu, ale się nudzę.
Trochę mnie znudziła Pierwsza, teraz polecam all-about-eve.blog.pl

A teraz dręczą mnie dwa pytania: jak schudnąć do świąt oraz jak nie przytyć w święta (jedząc na lunch naleśniki z czekoladą)?

niedziela, 13 grudnia 2009

obrazek

Będą święta

Mamy katar, po jednym krociutkim spacerku w pelnym rynsztunku. Mamy katar. Dzis dolaczyl kaszel. Mamy katar i kaszel.

W madrej ksiazce doszlam do 51 strony. I rano jak czytalam to mi sie przypomnialo, ze kiedys lubilam sie rano budzic w niedziele. Nadal lubie, ale teraz i tak nie mam wyboru, wiec to nie to samo. Kiedys lubilam sie obudzic tak kolo 7, poczytac z godzinke-dwie i pospac jeszcze do 11. No bardzo to lubilam.

Odbylam z Dzieckiem rozmowe filozoficzno-przyrodnicza:
Ja: to jest nietoperz.
Dziecko: Toperz!
Ja, nie, to jest nietoperz.
Dziecko: Nie ma toperz!

A wczoraj bylam na zakupach. Uuuuuuuuuuuch. Tak ciezko bylo. Normalnie klusem z anglezowaniem oblecialam cala galerie. Mam liste, co kupic i obmyslone sklepy w ktorych kupie. Ale pojawia sie problem logistyczny. Przemieszczanie sie pomiedzy pietrami galerii jest trudne, bo tak to sobie chciwi kupcy zaprojektowali, ze trzeba sie jak bak krecic w ta i spowrotem, Schody w dol wcale nie sa obok schodow w gore.
Ale sa jeszcze windy i winda ta sama musi jezdzic w gore i w dol. Taka bylam cwana. Na tym sie jednak moja jinteligencja skonczyla. Normalnie 3 razy wysiadlam na zlym pietrze. To z emocji.
Po 4 godzinach, jakims wydanym 1000 zl i 7 torbach zapelnionych, bylam mokra.
Nie moge powiedziec, zeby zakupy sie nie udaly, ale stuprocentowej satysfakcji nie mam. No bo na przyklad chcialam kupic dinozaura. Ze smyka ucieklam szybciej niz szczur z Titanica. (rym!) W spozywczym mieli dinozaury, nie zartuje, ale paskudne rozowo-zielone. Za to mieli ladne aniolki.
Kupilam sobie jeansy. Kupowalam szybko, wiec tylko sprawdzilam jak na tylku leza. Dobrze? to do kasy. Dopiero w domu zorientowalam sie, ze to model LONG, a ja z tych REGULAR. No coz. Poza tym ich rozmiar oficjalnie ratyfikuje moja otylosc.
W ogole kolejki, ale co wam bede pisac, kazdy swieta juz przezyl.

No dobra. Upieklam piernik i pieknie pachnie.

Pije sobie kawusie przed komputerkiem. Dzis nie musze robic nic. No obiad, ale mam fajny pomysl, bo wczoraj kupilam pappad z kuminem i do tego beda jakies dipy - ze szpinaku, z lososia i z pora? Na przyklad.

Aha i sadzac z czasu, jaki Dziecko spedzilo w swoim pokoju, bede musiala tam posprzatac.

To milej niedzieli.

piątek, 11 grudnia 2009

Dom Kultury

Byłam w Domu Kultury na "zajęciach koordynacyjno-ruchowych przy muzyce dla pań".
Nic dodać nic ująć. Właśnie tak było. Ze szczególnym naciskiem na "dla pań".

Mieszkam pod miastem. Wiec standardy też są podmiejskie. Ekhem.

wtorek, 8 grudnia 2009

Czytam

Wzięłam się za mądrą książkę. Jest tak mądra, że od trzech dni przeczytałam 16 stron. Jest tak mądra, że jak ją czytam to ruszam ustami. Jest tak mądra, że ją zacytuję poniżej. A może wcale ona nie taka mądra, tylko ja taka głupia, bo zgłupłam od trwania w szalonym cyklu pracy pralki przerywanym miksowaniem jedzenia oraz ocieraniem cieknącego nosa. No może.

"Codziennie mijalem tam starca, ktory siedzial na chodniku pod murem, przytulony do psa kundlowatej rasy. Ignorowalem ten duet, bo nie lubie zebrakow. Ktoregos dnia, gdy mzyl zimny deszcz, starzec okryl psa swa dziadowska kurtka. Dalem mu jalmuzne. Pokazal banknot zwierzakowi i powiedzial:
- Widzisz, Miki, ludzie cie kochaja.
Nastepnego dnia bylo jeszcze chlodniej. Starzec pil jogurt. Wypil polowe, reszte oddal towarzyszowi. Trzasl sie z zimna. Zdjalem wlasna kurtke i wreczylem mu, a on, zamiast podziekowac, klepnal radosnie psa i nawet nie kiwnal mi glowa. Odtad chodzilem innymi ulicami, gdyz bylem przywiazany do moich wloskich, diabelnie drogich butow. Pozniej wracalem czasami mysla ku temu miejscu, gdzie siedzieli pod murem pan, pies i ich milosc. Za kazdym razem, kiedy to wspominalem, czulem sie jak nedzarz, ktoremu los poskapil skarbu.


A w drugiej ksiazce, do ktorej siegam, gdy trzeba mi czegos lzejszego, czyli jak natura nas zaprogramowala, raz na dobe, znalazlam inne zdanie:

W kazdym starym czlowieku tkwi mlody czlowiek, zdziwiony tym, co sie stalo.

niedziela, 6 grudnia 2009

Motołajki

Tak, bo u nas na tego brodacza mowi sie Motołaj. Balon od Motolaja dla Tubusia. No i Motolaj byl moto, bo przyniosl Dziecku glownie pojazdy i kierowce. Ale oprocz tego to Motolaj sie nie udal, bo zostal zdemeskowany w przeciagu 17 sekund.
A musialam sie czarownie wczoraj upic i wyswiergotac pozyczenie stroju Motolaja od zupelnie nie znanego mi Motolaja. Ale nie, nie zostal nagi (choc to bylby fajny numer, ale nie te czasy, staruszko) tylko w stroju cywilnym.
Tak to jest miec superinteligente Dziecko.
Jutro wytlumacze mu zasade nieoznaczonosci Heisenberga.
Pojutrze czytamy O obrocie cial niebieskich.
W piatek Maly broni doktorat, wiec musimy sie spieszyc.
Od poniedzialku wyklada Oksfordzie.
W przyszlym miesiacu jedziemy po naszego pierwszego Nobla.

A na razie sobie juz 3 godzine spi w wozku, sciskajac w jednej raczce Dzwig Boba Budowniczego, a w drugiej Misia Teo. Slodziaczek.

czwartek, 3 grudnia 2009

Krasnoludki


Nie pisalam wczesniej bo zaniemowilam, ale teraz juz mnie odetkalo to napisze. Krasnoludki sa na swiecie. Krasnoludki sa u mnie w mieszkaniu. I podsluchuja i podgladaja. I pomagaja. Dziecku pomagaja.
Jakis czas temu zapodzial sie slup od garazu na samochody Dziecka, taka plasikowa rurka. Szukalam po wszystkich katach, pani Ewie zlecilam szukanie i ona juz od 3 tygodni zaglada pod wszystkie szafki. Slupa nie ma. Dzis nagle patrze na srodku pokoju Dziecka lezy sobie niewinnie szara rurka. No to mysle szybko wmontuje w garaz zanim zginie drugi. A tu prosze! sa trzy, a w moim reku czwarty. Policzylam szybko jeszcze raz i zgodzilo sie. Sa cztery!
Ale to nie wszystko, bo dawno temu zginal nam puzzel w ksztalcie lwa. W zasadzie nie lubilam tych puzzli. Ale ostatnio Dziecko wyciagnelo zabawke i okazalo sie, ze pieknie sie nia bawi. Nagle zaczelo mi brakowac tego lwa. Pare dni temu patrze sobie, a tu lew wystaje spod lodowki. No i ja rozumiem, ze on sie tam wsunal pare miesiecy temu i rozumiem, ze sobie tam tkwil, a ja go nie moglam znalezc. Ale jak to do jasnej anielki jest mozliwe, ze w momencie jak zaczynam gadac o lwie, lew sie wysuwa? no przeciez sam sie nie wysuwa.
Szkoda mi tych krasnoludkow ze w takim syfie mieszkaja, pod lodowka....
A moze one, te krasnoludki, to sie uaktywniaja, jak zbliza sie Mikolaj??

Ciacho

Ide do Suki po ciastko, widze ze cos z nia bo ma lok a nie strzeche jak zazwyczaj. Ta do mnie od progu, glosem eleganckim, wysublimowanym. Troche jak stara Pani Sawicka:
Paaaani kochana, co oni na tych drogach robia! To jest okropne, bo my dzisiaj bylismy na pogrzebie i to nie tu tylko 100 km i tak sie zmordowalam ta droga i to nie w tamta strone ale spowrotem! No glupi ludzie, co tam sie dzialo, Tir, prosze pani, pol drogi rozpierdolil. Moj Boze, co to bylo. I jeszcze tyle tej benzyny do powietrza spalaja!
I wyszlam z ciastkiem.
I o czym ona do mnie rozmawiala??

środa, 2 grudnia 2009

Katar wodnisty

Grudzien zaczal sie chorobskiem. Ale calkiem przyjemnym. Dziecko ma katar, ja mam wolne i dobrze sie bawimy.
Po wyjezdzie Siostry rozpoczelam przemiane mojego zycia i postanowilam zdrowo sie odzywiac, byc mila dla wszystkich i spelniac dobre uczynki. Generalnie mowiac, postanowilam schudnac. Mam kilka postanowien i ambicje zeby zrealizowac jedno z nich - to o zdrowym odzywianiu.

No i bycze sie. Ogladam TV, krzatam sie, robie zakupy, pitrasze i bawie sie z Dzieckiem w wycinanki.

Ale nie za bardzo mam co pisac w blogasku. No bo kogo obchodzi co mam w garach?

poniedziałek, 30 listopada 2009

Po raz szesnasty

Jestem absolutnie wypalona. Ab-so-lut-nie.
Wielkie pustki mi zostały w domu, jakieś powierzchnie i metraże niezamieszkałe. Łóżka w których nikt nie śpi. Strasznie dużo mam czystych kubków i widelców.
Cicho, głucho, samotno.
Blues mnie dopadł jak tylko najazd Rodziny się rozjechał i odleciał.

No dobra, to może tak hajlajty z ostatnich 4 dni? Może być w punktach? Może, no to jedziemy:
1. Czekamy na tą siostrę, czekamy, ale jak w końcu ląduje, to nikt na nią nie czeka na lotnisku.
2. Pani Ewa i jej mop uczestniczą w festiwalu prezentów i kołder.
3. Pinakolada w odpowiednim towarzystwie i dawkowaniu, znaczy Klub Miłośników Drinków Egzotycznych w komplecie.
4. Comedia della Cupa: Przygoda w wannie, udział biorą: ekhem, wszyscy, bo trudno zostać obojętnym.
5. Siostra składa oświadczenie woli.
6. Wypad na miasto, zakupy i takie tam.
7. Dramat rodzinny "Dziadek od orzechów czyli finansowe dylematy".
8. Meksykańskie wazony z margaritą.
9. Walizka pełna czekolady.

Wszystko przeplatane obfitymi posiłkami według tradycyjnej kuchni polskiej oraz częstymi wejściami na kanał komunikacyjny Włochy-Floryda.


A to jest 16-ta i ostatnia notka listopadowa. Uzyskałam rekordową miesięczną liczbę wpisów.
Cześć i czołem.

środa, 25 listopada 2009

To nic

To nic, że M wyjechał porzucając mnie w bałaganie i zostawiając swoje łoże boleści w stanie zupełnego rozbebrania. To nic. Wstałam sobie o 6 i sobie posprzątałam.
To nic, że miałam jakieś koszmary o tym, że bank zabiera mi majątek, a ja nie mam III filaru.
To nic, że Dziecko się przesikało w drodze do żłobka.
To nic, że mleko w kawie mi się zważyło. Przy sojowym tak bardzo nie czuć. Więc spoko.
To nic, że pod żłobkiem Dziecko wlazło do kałuży, gdzie zdjęło kurtkę.
To nic, że telefon zadzwonił w trakcie Urywków z Rozrywki. Odrzuciłam.
To nic, że przelicytowali mi wszystkie Boby na allegro.
Jedyna rzecz, która mnie ruszyła, to taka że ciut mi przyciasno w moich "luźnych" spodniach. Ale w sumie to nic takiego. W końcu idzie jesień. Więc może to nic?
W ogóle dzisiaj wszystko nic, bo jutro... bo juuuuutroooooooo ou ou ou

wtorek, 24 listopada 2009

Pranie


W zwiazku z tym, ze ostatnio piore wylacznie posciel, zrobil sie korek w koszu z praniem. Otwieram pokrywe i slysze pisk pieluszki:
- Mnie upierz, mnie! Juz teraz smierdze, a co bedzie jutro??
Terrorystka. Na to wilgotny recznik:
- Ja tez sie moge zasmierdziec, a nie krzycze.
Rajstopki w samochodziki patrza na mnie ze zlosliwym usmieszkiem:
- Nie, my sie nie zasmierdniemy, ale za to jestesmy tu wszystkie, caly Zwiazek Pracujacych Rajstopkow i jutro nie bedziesz miala w co dziecka ubrac, jesli tu zostaniemy.
Cholera, racje maja.
Bluzeczka jest autentycznie przybita:
- Wiem, wiem, bluzeczek jest duzo, ale ja mam plame z buraczkow. Jak mocno przyschnie, to nie zejdzie. I moja uroda sie zmarnuje, Zadne spodenki mnie juz nie zechca, buuuu.
Bialy stanik rzuca mi powloczyste spojrzenia:
- Ty wiesz, co my razem mozemy.... Nikt nam sie nie oprze.

Ech, nudne zycie kury domowej. Taki Brzechwa to by z tego wierszyk ulozyl. A ja co? Znieczulilam sie nalewka i nastawilam pranie czarne. I dorzucilam za kare pieluchy. Nie beda mnie szatazowac.

poniedziałek, 23 listopada 2009

Bo weekend był za krótki

Zdążyłam zaledwie:
- ugotować zupę z dyni
- zrobić rybę w cieście
- upiec 81 malutkich pierniczków
- uprać 2 pralki kołder i poduszek
- bzyknąć wte i wewte do Rodziców
- wypić flachę wińska
- porzucić M w chorobie
- zakochać się w Lidlu
- 4 x zamulić się przed TV
- pospać sobie do 9
- zbadać ofertę allegro w kwestii spódnic Jackpot, puzzli z Autami oraz półhalek
- przytyć 1,5 kg
- absolutnie zniwelować wszelkie ślady bytności w moim mieszkaniu pani Ewy z mopem.

I normalnie jakbym jeszcze wczoraj zabrała się za te mielone, to już bym nie żyła. Ale fizyka jest łaskawa i mięso głęboko zamrożone w 2 godziny nie odtaje.
A i tak teraz jestem zmęczona i chciałabym aby był piątek. A nie soraski. Mój weekend w tym tygodniu zaczyna się w czwartek o 12!!!!! No więc chciałabym, aby był czwartek rano. Czwartek rano poproszę raz.
Fly, siostro, fly.

piątek, 20 listopada 2009

Nie mam czasu

Nie mam czasu, a musze napisać, bo mi się już przelewa z głowy... i nie chcę mieć plam na kołnierzu.
No więc Bukartyk wrócił. Tak sądziłam, że wróci, ale muszę przyznać, że obawiałam się przez moment, że mu woda sodowa uderzyła do głowy. Ale wrócił i to w dobrym stylu. Yeah!
Poza tym usłyszałam mądrą rzecz i muszę ją zapisać oraz będę powtarzać, bo jest mądra i się z nią zgadzam. Jeden pan farmaceuta w radio powiedział, że za epidemię grypy odpowiadają koncerny farmaceutyczne. I to nie jest żadna teoria spiskowa tylko siły rynku oraz czysta prawda. No bo bombardują nas reklamami grypeksów, maxistrepsilsów i tym podobnych, dzięki którym jak mamy grypę to czujemy się jakbyśmy jej nie mieli. I zamiast siedzieć w łóżku i kisić swoje prątki pod kołdrą, obdzielamy nimi całe biuro/autobus/halę produkcyjną/przedszkole (wybrać właściwe). I to jest bardzo święta prawda. Ja coś tak czułam i dlatego nigdy nie biorę takich leków i lubię sobie poleżeć. Ale ja w zasadzie nie choruję. W kwestii tej świńskiej grypy natomiast, to jak już coś ma mnie dopaść i powalić, to wolę żeby był to wirus wyprodukowany siłami natury niż jakieś chemiczne barachło, na którym jakiś koncern zbija majątek. O.
Co jeszcze? a, jeszcze o galaretce, która stała się ulubioną potrawą Dziecka. Miseczka opróżniana jest jednocześnie łyżeczką i rączką, a jak już prawie nic w niej nie ma, to jest po prostu wylizywana. Po wciągnięciu przez Dziecko pól litra galaretki, Dziecko wygląda jak po nieudanej próbie postawienia irokeza, a ja i moja jadalnia jak po całkiem udanym seansie spirytystycznym - wszędzie pełno ektoplazmy.
Poza tym, dopadła mnie starość. I nie bójmy się tego słowa. Ilość siwych włosów jest po prostu porażająca. Normalnie nie nadążam wyskubywać, korki są za małe. Dlatego od wczoraj nie wyskubuję, zbieram i zobaczymy jak to się potoczy.
A w pracy wykonuję ćwiczenie polegające na rejestrowaniu każdej czynności w notatniku celem wyłonienia "złodziei czasu". Toż ja mogę z góry wymienić: blog, poczta, allegro, kawka w kuchni.
To dlatego nie mam czasu. Lęcę pędzę.
To ja tyle.

środa, 18 listopada 2009

A capella nie dojechalla

Zespolu nie ma, a juz jego pora. Przygotwalam sie jak na wojne, to znaczy spodnie numer za duze leza w gotowosci, M uprzedzony, ze ma chodzic jak w zegarku i nie wychylac sie, naleweczka w pogotowiu itede. A tu zespolu nie ma. I dobra nasza!
Na cykliczna porcje narzekan, jekow i utyskan musze widocznie jeszcze bardziej zasluzyc:)

Na razie rozkoszuje sie brakiem.

Siedze sobie otoz to przed komputerkiem mimo ze popoludnie i to moja zwykla pora na zachrzan domowy. Z tym, ze ja naprawde nie mam co robic!!! Obiadeczek jest zjedzony, na jutro zostalo. Gary zrobione. Mieszkanie z ubran uprzatniete - to M w ramach przygotowan do zespolu zrobil. Lazienka i podlogi czekaja na pania Ewa, ktora jutro wkracza tu z mopem. Dziecko bawi sie samodzielnie torami w swoim pokoju. Czasem ziewa, co znaczy, ze chyba pojdzie niedlugo spac, no nie?

Chyba zamula przed tv? :)

Za tytul niniejszej notki uprzejme podzieki naleza sie Filipowi J. i Kochanej Trojeczce.

wtorek, 17 listopada 2009

Do uzaleznionych

A co tam ryzykuje spoznienie na to nudziarskie szkolenie, ale skoro mam tu uzaleznionych, to czuje sie zobowiazana.
No wiec, zaproponowana numeracja okazala sie jedyna prawidlowa - do czasu. Smak buleczek obalil ta teorie. Autorka buleczek stworzyla wlasna skale (doznan smakowych oraz odliczania:)) i nie powinna byc stawiana w rzedzie z autorkami przecierow owocowych.
To uraga buleczkom.

OK, lece budzic moje spiochy i do roboty!

PS. Mam przystojnego szwagra :)

PS. Zmiana planow. Kochane spiochy nie daja sie obudzic, w zwiazku z tym nie mam chwilowo nikogo do obslugiwania. Zostawiam im samochod i jade eksperymentalnie kolejka.

Jest cieplo. To fajnie, oczywiscie, ale tez troche nie fajnie, bo grozi mi ze moja zupa znowu sie wpieni. W lodowce nie mam miejsca dzieki wczorajszej dostawie smakolykow oraz przez przetwory ktore tam przechowuje. Nie moge trzymac przetworow w piwnicy, bo tam trzymamy opony nie wiadomo czyje, blokujace dostep do reszty gratow, ktorych nawet nie mozna przejrzec i wywalic. Czyli jesli zupa sie wpieni, jemy przetwory cukiniowe. Albo opony.

niedziela, 15 listopada 2009

Rano

Ale sie wylenilam w ten weekend. Wyspalam. Skonczylam Stiega, Ogladalam Scrubsow. Pomalowalam paznokcie.
Nie sprzatalam i nie gotowalam, na tym polega glowny urok tych dwoch minionych dni.

A wieczorem poklocilam sie z Dzieckiem. No bo czy wolno malowac czarnym flamastrem po podlodze? No dobra, weekend byl udany bo nic nie robilam, pieknie. Wstyd mi za taka postawe.

Jestem wdzieczna Szwecji po raz drugi, za to ze dostarczyla mi niezwykle przyjemnych przezyc czytelniczych na 6 tygodni. Czyli za Stiega Larssona jestem wdzieczna. I za Krystyne corke Lawransa tez. I za Dzieci z Bullerbyn. Muminki i Pipi nie tak bardzo.

A teraz jest poranek poniedzialkowy i mam 15 minut zanim bede musiala obudzic Dziecko i biec do roboty. Porozkoszujmy sie ta chwila. Nie mam kawy bo szkoda mi cennych minut w kuchni, ale za to mam blogaska, nowa fryzure i pomalowane paznokcie.
I czekaja mnie dwa dni szkolenia wiec nic nie bede pisac.

piątek, 13 listopada 2009

Weekend w środku tygodnia

Mieliśmy w tym tygodniu miniweekend. Znaczy dzień niepodległości. Prezydent się produkował w radio i tv i nawet mókł biedak na placu Piłsudskiego, a wszystko to ku pokrzepieniu gawiedzi, która nie mogła starym zwyczajem wybrać się na rodzinny spacer po centrum handlowym, gdyż handlu w święta w grajdole nie ma.

A u nas sielanka. Znaczy najazd Szy z rodziną, który miał przynieść efekt kozy i uświadomić mi, jak cudowne mam życie i jaki porządek panuje na co dzień w naszym mieszkaniu. Tymczasem było fajnie i relaksująco.
Pogadałam z pokrewną duszą, ponarzekałyśmy zgodnym chórem na mężów migających się od obowiązków ojcowskich, na dzielącą nas odległość, na brak snu, na brak czasu dla siebie, na brak kasy na fanaberie. I jak prawdziwe kury domowe spędziłyśmy dzień w kuchni przygotowując 14 garów żarcia. Ale spoko, wczoraj wylizaliśmy resztki, więc dziś gotuję od nowa.
5 litrów zupy zniknęło, pół kilo makaronu zniknęło, gar pieczeni z pieczarkami zniknął, ciasto z masą orzechową i budyniem zniknęło. Została tylko, zamelinowana na dnie szafy, butelczyna nalewki orzechowej z napisem "nie otwierać do sylwestra":)

Poza tym wyspałam się jak mops. Dziś dla odmiany Dziecko się nie zrywało w nocy. I ok. Ja miałam natomiast huśtawkę nastrojów i trochę sobie popłakałam, potem dostałam ataku niekontrolowanego śmiechu wprowadzając cały materac w wibracje, a M w lekkie przerażenie. Ważne że obudziłam się wyspana i zadowolona. Kto zrozumie emocje kobiety, skoro ona sama ich nie rozumie??

Aha, nowa pani od sprzątania - jest okej, yeah.

wtorek, 10 listopada 2009

Zieeeew

Sie nie wyspałam znowu. I dziś się też nie wyśpię, bo przyjeżdża Szy z rodziną. SUPER.

Zieeew, łyk kawy.

Wymieniłam wczoraj panią do sprzątania na taką 3x tańszą. Się okaże dopiero w czwartek czy było warto. Na razie czuję, że zaoszczędziłam na jakiś sweterek.....

Łyk kawy.

Wczoraj wdrożyłam korektę do procedury usypiania Dziecka. Znaczy zgasiłam światło i zasypiamy po ciemku. No może podziałało. Zasypiał 1.32 zamiast 1.48. Może. Nie wiem na pewno, bo było ciemno i nie widziałam zegarka. Może. W związku z powyższym sobie nie poczytałam Stiega.
Ale obrażeń wyniosłam tyle samo co każdej innej nocy i na dodatek poważniejszych, bo w ciemnościach nie wychodziły mi uniki. Wargę mam rozciętą w dwóch miejscach. Siniak na ramieniu. Obolała szczęka. Zebrałam też kilka ciosów w brzuch i żebra.

Zieeeeeeeew.

Kawy!

Dziecko mówi: deszcz pada, hipopotam, spychacz, pan doktor. Czy on sobie nie może na początek łatwiejszych słów wybierać?

Łyk kawy i spać.

poniedziałek, 9 listopada 2009

Wieczór filmowy

Oto jak wyglądają ostatnio moje wieczory:
Daję Dziecku kolację, wsadzam do wanny (znaczy M wsadza), kąpię, wycieram, piżamka, buzi Tacie i papa idziemy spać. Typowe kino familijne. Elementy rytuału, wyciszenia i blablabla.
Włazimy do wyrka, czytamy książeczkę, głównie Dziecko czyta, ale niech tam, nie tracę jeszcze kontroli. Czytamy drugą, trzecią i czwartą książeczkę. W międzyczasie podejmuję próby zwrócenia uwagi na spanie. Kładziemy spać Anioła, Mimi, Titi i Anię. Czasem również Kraba. Czytamy piątą i szóstą książeczkę. W zasadzie Dziecko czyta samo, bo ja już przysypiam. Napięcie narasta jak w dobrej sensacji.
Ja już spię, Dziecko ćwiczy skoki na pupę oraz chowanie się pod kołdrą. Docieramy do kina akcji.
W tym momencie Dziecko orientuje się, że ja śpię i nie podziwiam jego występów. Atmosfera się zagęszcza jak w thrillerze. Co znajdę wygodną pozycję i już mam poczucie bezpieczeństwa, Dziecko zaczyna szukać paznokciami moich oczu i je otwiera. Chowam twarz w poduszce. Dziecko paznokciami (choć mam wrażenie że pazurami), wyłuskuje ją z pościeli. Towarzyszą temu krzyki złości, trochę płaczu i moje nieszczęśliwe sapnięcia.
Część thriller/horror trwa ponad pół godziny, do czasu aż Dziecku padną bateryjki i po prostu wtuli się w moją poranioną twarz i zaśnie. Słodko.

To taka faza, prawda?
Przeczekać?

niedziela, 8 listopada 2009

Niedzielnie

No doprawdy wyborny weekend. Znaczy mial swoje cienie, jak na przyklad:
- skisl ten cholerny barszcz
- Dziecko powiedzialo do mnie Cicho badz!
- nie wszyscy znajomi sa w porzadku, niektorzy mnie olali inni chca wykorzystac.

Ale za to. Dzis byla super pogoda i fajnie bawilismy sie na placu zabaw. Potem w domu wyszalelismy sie do spocenia na pilce do skakania. Czad, powaznie. Teraz Dziecko siedzi nieruchomo przed telewizorem i ledwo dycha. Nie wiem co mu dac na kolacje, bo nasz plan zywieniowy na najblizsze trzy dni wyladowal w kiblu, ale co tam. Przezywi sie cukierkami i zielonym groszkiem.
Ja natomiast bylam na tak zwanym miescie. Zobaczylam, ze swiat sie w zasadzie nie zmienil. Asortyment w sklepach sugeruje ze wszyscy chodza w za wielkich i dlugasnych swetrach. Posiedzialam sobie w klimatycznej kawiarni, kupilam zielony sweter oraz kredki. M w tym czasie zajmowal sie Dzieckiem i nawet sobie razem zasneli, ha!

No ale to cicho badz mnie dobilo. Jestem okropna okropna matka skoro Dziecko uczy sie ode mnie takich rzeczy. Ale slowo, ja wcale tak czesto do niego tak nie mowie!!!!

Aha, koncze 8 sezon Scrubsow. I przeczytalam pol Larsa. No, wypoczelam sobie.

PS. M zaproponowal mi powiekszenie biustu (po odstawieniu mam biust wycofany). Jak to rozumiec - jak koniec zwiazku? :)

sobota, 7 listopada 2009

Warzywnie mi

Dziecko jadlo zupe jarzynowa biegajac wokol mnie jak satelita. No i smiejac sie. Skutkiem tego mam cale nogi oplute marchewka, a potem jak gotowalam jakis hektolitr barszczu to ten barszcz mnie zaatakowal podczas dodawania pokrojonej marchewki i mam dekolt w rozowe w kropki, a nogi w pomaranczowe.
Najadlam sie suszonych pomidorow (dzieki Sis!) i troche sie nudze, bo Dziecko spi od dluzszego czasu.
Poza tym posprzatalam na blysk. M nawet sie wlaczyl i sprzatnal u siebie. W kuchni pachnie barszczem, w lazience octem i chlorem, taka sterylna czystoscia i domowym ogniskiem.
Scrubsi nadal mnie bawia i mam zamiar obejrzec siodmy sezon.

Dobra ide pod prysznic, bo nie moge tak walic gotowanymi warzywami jak kuchara.

Pa!

piątek, 6 listopada 2009

Ach te chlopaki

Nie wyspalam sie przez bande facetow: Dziecko, Stiega oraz Dr Coxa, DJ'a i Janitora.
No i przez nowa fryzure ktora ukladalam dzis 35 minut:)
No ale Scrubsi sa ekstra i zaczynam znow czuc ten absurdalny klimat. Przy okazji skonczyly sie skladniki na pinacolade.
Chcialam zaplanowac zycie towarzyskie na weekend, ale M podchorowany i nikt przy zdrowych zmyslach nie przyjdzie do nas ze swoimi bachorami. No nic bede sobie pic drineczki z Elliot i pielegniarkami.
Poza tym pojawil sie nowy korek na mojej trasie do roboty, wiec jest super, jak moge sobie kazdego paznokcia dwa razy odzywic.
I mam juz mysli o swietach i feriach.
I siostra przylatuje i ogolnie raczej bedzie fajna koncowka roku. Ale nie chce isc do teatru bo jeden jej znajomy kiedys byl i wszystkie wlosy mu wypadly. Zamiast tego upijemy sie w gronie rodzinnym.
sialala

czwartek, 5 listopada 2009

Pina

Dobra, spi. Co za uparciuch. Zeby tak przez dwie godziny usypiac, wic sie, krecic, kicac, smiac, a potem nagle system shutdown w 20 sekund i spi. Zyskalam przespane noce, stracilam wieczory. Zyskalam pinacolade. Jest dobrze. Ide ogladac scrubsow.

środa, 4 listopada 2009

I did it!

Czyli mam zdecydowana zmiane wygladu. Pani fryzjerka okazala sie kobieta z kregoslupem i w efekcie mam wlosy krotkie asymetryczne z grzywka i jeszcze proste.
Moje dotychczasowe doswiadczenia z fryzjerami sa kiepskie. Bo zazwyczaj slysze "takie falowane wlosy to moze pocieniujemy i troszke skrocimy" a nastepnym razem "oj, kto tak fatalnie to pocieniowal, proponuje wyrownac dlugosc, beda wygladac na ciezsze" a przy kolejnej wizycie "takie cienkie wlosy to musza byc pocieniowane, tylko troszke skroce". I tak to wyglada od jakis 12 lat. I w koncu ktos zrozumial co mam na mysli mowiac "zmeczyly mnie dlugie wlosy"!!
Co znaczy ze wszystko wyda sie po myciu i wtedy bede ryczec. Na razie jestem happy i dumna i oblewam to lampka winka:)
A snilo mi sie, ze wychodze z salonu z bobem i ruda..... no ruda na razie nie jestem, ale dopiero sie rozkrecam!

W ogole ostatnio jestem wyspana bo klade sie z Dzieckiem przed 21 i juz sobie spam do ranka a w nocy Dziecko sie nie budzi. W sumie jeszcze tylko musze M wytresowac i juz nikt nie bedzie niczego ode mnie chcial noca:)

Po za tym w robocie morduje sie nad markietingiem. Mam wrazenie ze wszystkie fajne rzeczy zostaly juz wymyslone i nic dla nas nie zostalo.

A w domu jestem cyborgiem. Umylam dzis podloge, ugotowalam dwa obiady (bo Dziecko wymiata wszystko jak odkurzacz!!!) i naklonilam M do umycia kibla.

Wiecej sukcesow nie zanotowano, ide sie postarac bardziej.

Aha, snieg pada. Jeszcze nie mam zdania na ten temat.

wtorek, 3 listopada 2009

Bob czy jeż?

Miałam dziś rano wstać, umyć głowę i nakręcić piękne loki. Miałam zrobić sobie kawkę, kanapeczkę z awokado i zasiąść z Larsem na pół godzinki. Miałam potem obudzić Dziecko, dać kaszę (damy tasze), dać pieluchę, dać buty (damy buty), zawieźć do żłobka (idzimy dzieci auta auta). No ogólnie poranek miał być cudny i spokojny i relaksujący.
Tymczasem w sprawie mycia głowy podjęłam męską decyzję, że myć nie muszę i że chyba czas je i tak obciąć (tak mi się marzą króciutkie, co je tylko żelem z rana i wio do roboty....ech). No to już się zrobiło dla Larsa 40 minutek.
Wtedy wstało Dziecko i weź tu człowieku coś zaplanuj....
Zrobił się młyn, zero porządku w naszych działaniach, wszystko na raz, damy ciacho, damy socz, damy tasze, damy dzieci, damy Boba, nie ma baba, tata pi.
Zawiozłam Dziecko do żłoba nowym skrótem (!) i z kupą w majtkach. No i mam nie umyte włosy. Jestem wyrodną matką i czuję, że nowa fryzura rozwiąże wszystkie moje problemy.

Aha i jeszcze miałam taką myśl, że Pegueot 307 SW jest jak wierny mąż. Znaczy nie taki, co bym się w nim zakochała od pierwszego wrażenia i padła zemdlona pod wrażeniem skórzanej tapicerki czy rozwiniętego bicepsa bagażnikowego. Ale z upływem lat zaczyna się w nim człowiek/kobieta rozkochiwać z powodów praktycznych. Ano takich, że daje poczucie bezpieczeństwa, się nie zepsuje, jest wydajny, ergonomiczny, pojemny, zwinny, szybki akurat tyle ile trzeba. Słowem można na nim polegać.

I jeszcze dziś doszłam do wniosku, że wkurza mnie uprzejmość na drodze. Albo inaczej. W tym grajdole, to nic nie może być normalnie. Albo kierowcy jeżdżą jak buce i tłuczesz się za kamazem albo pekaesem 30 km, bo na pobocze taki pan szos nie zjeżdża, albo w takiej warszawce nagle wszyscy kursy sawuarwiwru pokończyli i się puszczają. Skutek taki, że droga główna jedzie wolniej niż drogi dojazdowe, bo z tych dojazdowych wpuszczają, a ci na dojazdowych nikogo wpuszczać nie muszą dopóki sami się nie znajdą na głównej i chcą zwrócić dobrą karmę albo co, bo czują że z każdej dojazdowej jednego muszą wpuścić.

A ja chcę do fryzjera.

sobota, 31 października 2009

Kac


Objal mnie i przytulil mocno i tak trwamy w objeciach od rana. W sumie chcialam to mam. Dziecko odstawione, spi cala noc, to co tam, wzielam i sie upilam.
I nie bylo warto, oj nie. Od dzis slubuje byc odpowiedzialna matka i nie naduzywac alkoholu. 3 kieliszki to maks, potem tylko woda.
No bo tak. Glowa mnie boli, spac mi sie chce, nie mam cierpliwosci ani pomyslow.
Cierpi na tym of course Dziecko, ktore z rana zaliczylo dwugodzinna zamule przed telewizorem, byle jakie sniadanko i matke co wszystko w kuchni rozlewa. Gotowanie mi dzis wybitnie nie szlo, nawet mi nie smakowalo, wiec Dziecko jedzie na ciachach. Na spacer poszlismy za to dlugi, bo mialam nadzieje ze mnie troche przewietrzy, ale gdzie tam. Za to nie dotarlismy na proszony bal halloweenowy. Biedne Dziecko, rozrywek go pozbawiamy.....

Po tym odstawieniu tak w ogole, to jestem zadowolona, chociaz Dziecko spi duzo krocej. Moze sie wydluzy? Moze. Jak zwykle, kazde dziecko jest inne i wszystko sie moze zmienic.

Kupilam sobie nowego Stiega i zamierzam sie do niego dzis dobrac. Nie uzupelnialam juz dawno listy lektur i chyba mnie za to wyrzuca z aktywu bibliotecznego.

Po za tym jestem gruba i niezdrowo sie odzywiam. I napijam.

wtorek, 27 października 2009

Viva pincolada

Znowu minął cały tydzień bez blogaska, a tu zmiany, zmiany, zmiany. Przede wszystkim zmiany stężenia hormonów. PMS przegnany. Reszta to i tak złudzenie, czyli tzw sposób pojmowania świata, który raz jest mroczny, wilgotno-lepki i samotny, kiedy jadę na estrogenach, a potem różowy i przytulny.
Dziecko nie tylko odstawione (viva pinacolada!), ale również śpi(cięgiem, bez budzenia przez 9 godzin!) we własnym wyrku i kto by się spodziewał, że tak szybko pójdzie, no na pewno nie ja, a tu rach ciach i mam duże Dziecko.
Dziecko ma apetyt jak górnik przodkowy czy inny młotkowy. Może to robale?
Z tą pinacoladą niestety nadal teoretyzuję, bo nie mam składników, ale się poprawię.
Wczoraj se dom sprzątłam i dziś se będę popijać przez słomkę i z palemką.
M uśpił Dziecko i cośtam w okolicach prania nawet ostatnio się udziela, jak również obsługiwa zmywarkę, co mu się chwali i zostaje niniejszym docenione na łamach poczytnego wydawnictwa Agatopis.
W zakresie rozwoju osobistego zostało mu naprawdę kilka kwestii, a to:
- kontrolowanie lokalizacji brudnych skarpet (może gpsy trzeba im wszyć jak psom?)
- ścieranie blatu kuchennego po pracach kuchennych
- usuwanie owłosienia z odpływu kanalizacyjnego waniennego
- ścielenie łóżka
(o maj, to naprawdę krótka lista, a myślałam że piszę ironicznie!)
No i widzisz moja siostro, co przylatujesz już za 4 tygodnie i 2 dni, że z powodu tego ostatniego podpunktu nie warto przywozić mi narzuty, bo i tak będzie leżała za łóżkiem na podłodze.


Dobra, to lecę do roboty, ratować świat, bo się trzęsie w posadach i naprawdę kiedy ten kryzys się skończy??????

wtorek, 20 października 2009

bleeeeeeeeeee

Dziś nie daję rady.

Kto ma dobry humor i nie chce się dołować, niech dalej nie czyta.

Ale ja nie daję rady i nie będę tego tłumić, bo po to mam blogaska, żeby sobie pisać co tylko chcę. I co mi leży na sercu. A leży mi dużo.
Włosy mi się nie ułożyły, rozmazał mi się tusz i musiałam zmyć makijaż, ubrana jestem w byle co, bo Dziecko rano też było nie w sosie. Wyglądam strasznie.
Asystentka u dentysty mnie olała, więc wyszłam po półgodzinnym czekaniu. Telefon od dentysty z przeprosinami trochę poprawił sytuację.
Dziecko miało podły humor, to już było. W ogóle jest strasznie uparte i nie daję sobie z tym rady.
W domu mam jakąś tonę rzeczy do zrobienia i w zasadzie nie wiem w co ręce wsadzić jak wracam z roboty. O tym żeby siąść na kanapie i odpocząć to se pomarzyć mogę.
Nie mam żadnych planów życiowych, nie wiem co jest moją ambicją i do czego dążę.
Czuję się samotna, pozbawiona wzniosłych uczuć, nie adorowana, nikt do mnie nie dzwoni i nigdzie nie chodzę.
Czarna rozpacz.
PMS? Jeśli tak, to najgorszy w moim życiu.

poniedziałek, 19 października 2009

Odstawianie - Noc 3 (noc misia)

Obwieszczam odstawienie. Noc 3 była krótka, bo poszliśmy spać (my czyli Dziecko też) przed północą. Pobudka w zasadzie tylko jedna, początkowy bunt został spacyfikowany herbatką i dużą ilością miłości matczynej.
Już teraz mogę powiedzieć, że Dziecko w zasadzie to tego karmienia nie potrzebowało. Ma lepszy apetyt na śniadanie, troszkę bardziej się tuli w ciągu dnia, za to śpi mocniej i przez pewną część nocy w swoim łóżeczku.
Jeszcze nie wiem, jak rozwinie się akcja "każde dziecko swoje łóżko ma".

Za to sztuka fajna, och fajna. No naprawdę coś innego, ale super. Nie mam siły na recencję. Idę po kawę.

niedziela, 18 października 2009

Odstawianie - Noc 2

Boze, jakie mam madre Dziecko. Spalismy. Co prawda z 2-godzinna przerwa, ale takie sie zdarzaly i przy cycu. Wiec jest ok. Zasypia w wozku, potem spi w lozeczku, potem znowu bujanie w wozku, nad ranem troche spal z nami.

...

I tylko M mnie zawiodl.

piątek, 16 października 2009

Odstawianie - Noc 1

No to sie zaczelo. Kilka rzeczy mialo miejsce:
Po pierwsze wszystkim powiedzialam, zeby sie zmotywowac pozytywnie.
Po drugie powiedzialam Dziecku, cyca chora.
Po trzecie zjadlam sernik.
Po czwarte wlasnie przeczytalam na ulotce tego antybiotyku "mozna stosowac w czasie laktacji". Cholera! Durna baba dentystka powiedziala, zdecydowanie odstawic! Farmaceutka potwierdzila!
Jest 20.34. Mamy za soba dwie nieudane proby zasypiania polaczone z placzem, moim rowniez. No i teraz to juz chyba trzeba ciagnac, bo to nie fair wobec Dziecka. Najpierw cyca chora, nie ma cyca. Ryk itede. A potem, a w zasadzie masz. To brak szacunku.
Zeby mi tylko nikt potem nie mowil ze to przez te pinacolady.
===
Jest 22.00. Spi w wozku i nawet poszlo gladko. Wystarczylo zaspiewac Panie Janie tak z 300 razy. Ale jest kicha, ktorej sie nie spodziewalam - kicha w oponie wozka. Nie mam pojecia gdzie pompka. Niezly czad.
No dobra, zrobilam herbatke dla Dziecka, szalwie dla siebie (przy okazji przemywam rane:)) i ide spac na kanapie bo boje sie przekladac Dziecko. Caly dzien myslalam o tej nocy, a jednak nie jestem dobrze przygotowana i nie przemyslalam sprawy do konca. Wlasciwie zaplanowalam tylko ze sie nie wyspie:)
To ide.
===
Jest 7.15. Zyjemy oboje. Bylo w porzo i jestem dumna z mojego Dziecka. Pierwsza pobudke zniosl ciezko i rozpaczal, ale przy drugiej powiedzial "cyca niema" i siegnal po butle z herbatka!

Odstawianie - Preludium

Ząbkuję. Ja, osobiście. I to ząbkuję niefortunnie, bo oto ząb wyrzyna się z tkanki dziąsła i wrzyna w tkankę innej części mojej jamy ustnej, której nazwy nie znam.
Poszłam do dentysty, który wsadził mi w otwór gębowy kolejno: strzykawkę, skalpel, małe szczypce, paczkę waty, nożyczki, rurkę, drugą paczkę waty, duże szczypce.
Oczy oślepione lampą stomatologiczną przesłoniła mi mgła bólu spotęgowanego obrazami, które podsuwała mi wyobraźnia - tych płatów skóry usuwanych z dziąsła.
W takim właśnie momencie podjęłam decyzję, że przyjmę antybiotyk, jako że ma mi on przynieść ulgę niemalże natychmiastową. Decyzja ta implikuje odstawienie Dziecka od cyca na cito.
I tak jestem oto w piątkowe popołudnie w pracy, chyba po raz pierwszy w życiu marząc, aby weekend nie nadszedł. Prawda jest taka, że boję się jak cholera.
Nie jestem dobrą matką i brak mi konsekwencji, a przez moje wahania decyzyjne Dziecko wyrośnie na aspołecznego grubasa albo innego telemaniaka z lękiem wysokości. A teraz decyzja zapadła i moja niekonsekwencja nic tu nie poradzi. Nie ma cyca i już.
A conto tego odstawiania przyjęłam dwukrotną zalecaną dawkę nurofenu.
Oraz, zaplanowałam na czwartek upicie się pinacoladą.

czwartek, 15 października 2009

Alle czasy

Wiem, wiem, dawno nie pisałam, ale miałam masę pracy i ani na moment nie mogłam się oderwać. Potem spadł śnieg i wszystko wzięło w łeb, znaczy zebranie odwołane i po co ja tak zasuwałam??
Więc obecnie sytuacja przedstawia się tak, że zebranie jest za tydzień a ja jestem już do niego przygotowana. I co ja mam ze sobą zrobić? Skoczyć na Rodos na parę dni, może?
Etam kto by chciał na Rodos, kiedy w Warszawie Alpy zaśnieżone:)
No nic.
Z wartych uwagi przeżyć ostatnich dni:
- zakupy na Allegro rulez (i reklama radiowa Allegro też - "to mówiłem ja, trampek z Allegro")
- kupiłam (na Allegro) spódnicę w rozmiarze 36, przysłali 34 i dobra jest!
- poszłam w tym tygodniu 2 x na zakupy z M no i z Dzieckiem, bo jak inaczej. Pierwszy raz wypieram z pamięci, bo psuje mi moje dobre nastawienie do posiadania rodziny. Drugi raz zachowam, ale w teczce oznaczonej jako "będziemy się z tego kiedyś śmiać". W całym centrum handlowym M podobały się tylko jedne buty. Każdy zna to uczucie, nie. Tylko te i żadne inne! Ale klops, bo akurat z tych butów był tylko jeden - prawy, lewy wyszedł i nie wrócił. M wyciągnął iPhona i stał z tym prawym w jednej ręce, a drugą ręką przeszukiwał internet za lewym. Nie żartuję. Dziecko chciało w tym czasie na zmianę ciacho, piję-piję i tur-ta. Oczywiście wszystko w biegu.
- i o kurcze, chyba nabiał nam nie szkodzi. Dziecko zjadło w żłobku mega drożdzówę z twarożkiem i nic. Nie mogę się doczekać pizzy.

Mamy jeszcze ostatnio akcję "Każde dziecko swoje łóżko ma!". Przebieg zdarzeń mrozi krew w żyłach. Dziecko zasypia w naszym łóżku lub w wózku (częściej). Jest przenoszone do łóżeczka, budzi się, zabieramy je do naszego łóżka, przenosimy do łóżeczka i tak w kółko. Pierwszej nocy osiągnęliśmy następujące czasy łóżeczkowe: 30 min, 7 min, 2 min. Drugiej nocy: 10 min, 0 min. Trzeciej nocy: 7 godzin !!!, 10 min. Na noc czwartą czekam z zapartym tchem!

To pisałam ja, matka z Allegro.

wtorek, 13 października 2009

Kryzys

No i dopadl mnie kryzys. Ale nie ten ekonomiczny, bo ja nie o tym. Chodzi o kryzys macierzynstwa. A jeszcze 10 dni temu siedzialam sobie na konferencji i myslalam o tym, jak to moje serce jest rozdarte pomiedzy praca a Dzieckiem. W dwa dni po konferencji Dziecko sie rozchorowalo zalatwiajac mi w ten sposob L4 i mozliwosc legalnego porzucenia pracy na rzecz zycia kury domowej. Minely kolejne dwa dni, w trakcie ktorych intensywnosc moich aktywnosci matczynych przekroczyla punkt krytyczny i poczulam ze dam duzo (pieniedzy!) zeby pozbyc sie Dziecka z mojego zycia choc na pare godzin.
Dzieki rodzicom krysyz pokonalam. I sa same tylko plusy calej tej sytuacji:
- wykrystalizowaly sie moje uczucia do Dziecka i nie musze sie ich wstydzic
- mam nowy plaszcz i pasek
- pogadalam sobie z przyjaciolka i zobaczylam, ze inni maja takie same problemy jak ja, takie same rozterki i tak samo jak ja walcza kazdego dnia o normalnosc i rownowage
- ze o rodzicach nie wspomne (utu-utu)
Aaaa, jest jeden minus. Pinacolada bez alkoholu to nie to.

Dojrzewam do decyzji od odstawieniu Dziecka, musze sie napic. I wyspac. Zasnac po pijaku i obudzic sie z kacem.

piątek, 9 października 2009

O, życie

Jadąc dziś do pracy (dom bez dachu umeblowany został stołem i krzesłami ogrodowymi, no nie wiem, poczekam na ciąg dalszy zanim skomentuję) doszłam do wniosku, że mnie w zasadzie nigdy nie dręczyło pytanie o sens życia. Jako nastolatka byłam pewna, że życie sensu nie ma, typowe. Potem zaczęłam pracować i pojęłam w mig, że w tym wszystkim chodzi o samorealizację poprzez zaspokajanie ambicji i zdobywanie umiejętności praktycznych czyli rozwój osobisty. Pffff. Teraz jestem tzw. Kobietą Dorosłą i znów zagadki egzystencjonalne mnie nie nurtują. Wiem, że celem mojego życia jest wychowanie dzieci na ludzi, a praca jest tylko środkiem.

Wiem też (a raczej mam nadzieję), że to nie jest cel ostateczny i że za parę lat (ładnych parę lat) ten cel się zmieni. Nie wiem na jaki. Ale modlę się, żebym umiała go szybko zidentyfikować.

Bo to właśnie o to chodzi – znać swoje priorytety, poświęcać się im i znajdować w nich satysfakcję.

No to ja już dziękuję, idę zdobywać środki na realizację mojego celu życiowego.

poniedziałek, 5 października 2009

Po urlopie, buuu

Mam nową szafkę w łazience i kocham ją.
Poza tym to jesień, a jak jesień i Dziecko, to robimy ludziki z kasztanów. Uważam, że powinni tego uczyć w szkole rodzenia, bo to równie trudne co pielęgnacja pępuszka. Jak ustawić ludzika na dwóch nogach żeby stał po doczepieniu głowy? z czego robi się oczy? skąd się czerpie taką wiedzę? Wyszło takie cudo z Planety Casstan :)Poza tym tęsknię do upału, plaży i pinacolady.Bo u nas katar, ból gardła i bałagan:(((

piątek, 2 października 2009

Zaleglosci

Bylam dzis i wczoraj (i jutro bede) na konferencji. Mowia nam tam, zeby blogowac, twittowac, facebookowac, goldenlinowac, linkedinowac, a nawet naszoklasowac. To wszystko w imie rozwijania wlasnej firmy oraz siebie samego jako osoby znaczacej cokolwiek w wirtualu. No wiec bloguje. Na inne nie mam czasu, ani pomyslu.
No wiec bylam na konferencji a M byl z Dzieckiem. I uwaga, bylo im razem dobrze, nie plakali, nie smsowali co 5 minut i ogolnie dali sie ponetworkingowac. Wspaniale! Chociaz z drugiej strony zenujace, ze wspanialym nazywam cos co powinno byc norma. Ale niech tam. Jest wspaniale:) oby tak dalej chlopaki!
No wiec w domu wspaniale, konferencja fajna, wakacje byly zaje.

To teraz o wakacjach.

1. Przede wszystkim, niech zyje all inclusive. To moje pierwsze doswiadczenie z takim luksusem. I sie przywiazalam, nie powiem. Teraz jak wybija 11 to moje kubki smakowe w akcie samoobrony zaczynaja produkowac posmak pinacolady. Musze isc na zakupy i kupic skladniki. Bede pic pinacolade co wieczor, a w weekendy o 11. I wieczorem tez.
Nie powiem, wyhodowalam jakis waleczek na brzuchu na tym AI, ale taki tluszcz zrobiony z alkoholu podobno sie prosto spala;)

2. Po drugie tesknilam do blogaska. Och jak tesknilam! Jak sie juz nabierze nawyku pisania, to jest formulowania zdan ze swoich mysli, nie da sie tych mysli po prostu zatrzymac w glowie. Moze moja glowa jest na to za mala, a moze to jest tak, ze jak juz sie raz otworzy myslom droge na zewnatrz, to one sobie chca wychodzic kiedy maja ochote. Powaznie mowiac, to po prostu uzaleznilam sie i mam nawyk ukladania zdan, robienia mentalnych notatek, a potem publikowania ich. Wiec postanowienie: nie jezdzic na wakacje bez internetu, a jesli juz, brac notes i pisac, pisac, pisac.

3. Po trzecie (uwaga, bedzie odkrywczo) wakacje z Dzieckiem sa inne niz bez. Zasadniczo roznia sie nastepujacymi elementami:
- podrozuje sie z proszkiem do prania i rzeczywiscie sie tego proszku uzywa
- AI sie oplaca, bo (pinaaaaacoladaaaa) i tak siedzi sie w okolicach basenu hotelowego
- najgoretsze godziny dnia spedza sie w pokoju hotelowym, bo Dziecko Spi
- oprocz portfela, paszportu i aparatu fotograficznego trzeba pilnowac rowniez pileczki i lopatki. Ludzie kradna!
- zamiast obserwowac kto na plazy/nad basenem jest grubszy a kto chudszy ode mnie, zajmowalam sie studiowaniem zachowan rodzicielskich i wyciagnelam niepokojace wnioski dotyczace mojej postawy. No wiec jestem matka-wariatka i uwazam ze wiekszosc osob powinna utracic prawa rodzicielskie.

4. Po czwarte poczynilam obserwacje na temat roznych narodowosci i oto moje wlasne stereotypy.

Anglik
Latwo go poznac w kazdej sytuacji, ale najlatwiej gdy jest rozebrany. Otoz cialo Anglika przyozdobione jest tatuazami bez wzgledu na jedrnosc i ponetnosc tegoz ciala. Na plazy wyrozna sie tym ze czyta, czesto gazete, ale zwykle czyta. W barze charakterystycznym dla Anglika drinkiem jest piwo.

Angielka
Oprocz tatuazy wyroznia ja tusza. Bez wzgledu na stroj i makijaz. Angielki sa tluste. Czytalam kiedys ze nadwaga jest narodowym problemem w Wielkiej Brytanii. Otoz mam wiadomosc: ten problem urosl do rangi miedzynarodowego, przynajmniej w okresie wakacji, gdy Angielki maja tendencje do podrozowania i rozbierania sie do bikini.

Rosjanin/Rosjanka*
Jesli w miejscowosci wakacyjnej napotka sie osobnika w koszuli/bluzce z kolnierzykiem, w spodniach z kantem, koszula w spodniach, pelnych butach, mozna miec pewnosc ze to Rosjanin/Rosjanka. Ludzie ci sa raczej smutni i bardzo bladzi. Unikaja kontaktu wzrokowego i nie usmiechaja sie (jak agenci KGB). W przeciwienstwie do Anglikow, bardzo slabo mowia po angielsku. Nie czytaja. Niektorzy pozwalaja swoim dzieciom sikac pod palme przy basenie. Skrupulatnie pilnuja swojego dobytku - idac na lunch zabieraja znad basenu wszystkie swoje akcesoria, lacznie z dmuchanym krokodylem, ktorego podczas posilku trzymaja pod stolem.
*Jestem rusofobem.

Szwedzi
Oprocz wygladu wyroznia ich duza liczba dzieci. Mam tego lata cieple uczucia do Szwedow, poniewaz jest to narod z ktorego wywodzi sie Stieg Larsson, ktory z kolei dostarczyl mi niezwyklych doznan czytelniczych.

Polacy natomiast sa chudzi i ladni. I czytaja.

środa, 30 września 2009

Cypr

Byłam na wakacjach. Mam dużo przemyśleń, ale jestem zbyt zmordowana, żeby teraz pisać. Idę spać, chociaż jest dopiero w pół do dwudziestej.
Napiszę tylko, co odkryłam w zakresie "wiedzy ogólnej o świecie". No więc, Cypr to jest i wyspa i kraj, tzw. Republika Cypryjska. Nie jest to Grecja, ani Turcja, no chociaż trochę tak. I ta Republika Cypryjska jest członkiem Unii Europejskiej!!!
No więc dokładnie to jest tak:
Cypr jest starym graczem na mapie świata. Według mitologii urodziło się tam paru bogów. Natomiast człekokształtni prowadzą tam aktywność już od 11 tysięcy lat, kiedy to zaczęli sobie cośtam zbierać wśród kamienistych wzgórz cypryjskich.
Potem wciskamy fast forward, przelatujemy rozmaite okupacje rzymskie, weneckie, tureckie, arabskie i brytyjskie i zatrzymujemy się dopiero w 1960 roku. Wtedy wyspa przestaje być kolonią brytyjską i powstaje Republika Cypryjska. Znów FF i lądujemy w roku 1974. Grecy dokonują na Cyprze zamachu stanu, a Turcy inwazji zbrojnej. Kotłuje się nieźle, w wyniku czego sytuacja robi się mocno zagmatwana. No bo teraz na wyspie występują 4 różne rodzaje terytoriów.
1. Republika Cypryjska, uznawana przez cały świat za kraj niezależny.
2. Część okupowana przez Turków, uznawana za terytorium należące do Turcji tylko przez samą Turcję.
3. Kawałeczki należące do Wielkiej Brytanii, gdzie Angole mają swoje placówki militarne.
4. Buforowa strefa należąca do ONZ pomiędzy częścią "grecką" a "turecką"
A teraz uwaga! 1 maja 2004 Cypr (chyba tylko ten uznawany, no nie?) wstępuje do Uni Europejskiej (data brzmi znajomo, co?).

niedziela, 13 września 2009

Wte i wewte

No to teraz nie wiem, czy jestem szczęśliwa czy nie.
Jadę we wtorek na wakacje, to jakby powinno kończyć dylemat. Ale. Dziecko jest chore, niby w zasadzie nie rzyga, bo co to jest jedna poduszka do prania, ale gila ma do pępka i nie może spać z powodu kaszlu.
Z tegoż to powodu, w robocie mam zaległości po pachy. Ale co tam.
Poza tym, 3 z 8 weków cukiniowych się rozwekowały powodując zapaszek ten tego.
Muszę się spakować w 3 walizki + wózek nie przekraczając 34 kg. Masakra! Dobrze że moja nadwaga się w to nie wlicza.
Zjadłam wczoraj 4 ciastka i tylko całonocne cyckowanie może złagodzić cokolwiek efekt tuczący tej orgii. Marzę o czekoladzie. To podobno oznacza, że jestem nieszczęśliwa. Ale nie skaczmy tak szybko do konkluzji.
To te 17 kg na osobę doprowadzają mnie do stanu depresyjno-zawałowego.
No i jeszcze, bo dawno nie pisałam, muszę uzupełnić info o kilku historiach z tego tygodnia.
Pierwsza ma swój początek parę tygodni temu. Pojechałam składać wniosek o paszport dla Dziecka. Przebijam się na Żoliborz, przebijam, parkuję, wyładowuję, wtaczam do urzędu, żeby dowiedzieć się że wniosek o paszport, dokument reglamentowany w Wolnej Polsce, ubiegać się muszą oboje rodzice zgodnie. A jakbym tak nie znała ojca dziecka lub była z nim w stosunkach napiętych? No to co? Jadę po M. I razem przebijamy się na Żoliborz, parkujemy itd. Udało się, wniosek złożony.
A w tym tygodniu miałam pojechać i odebrać. Jadę, przebijam się, parkuję, wyciągam wózek, ładuję Dziecko, wtaczam się do urzędu i co? i okazuje się, że nie mam przy sobie dowodu osobistego, bez którego ani rusz paszportu nawet nie powącham. Cholera. Jadę do domu i myślę gorączkowo, gdzie ten dowód. Mam różne wizje. Zostawiłam u rodziców. Zostawiłam w pracy (ale jak???). Zostawiłam w innej torebce, ale której? Zostawiłam w samolocie! Ten dzień z lotem do Wrocławia był szalony. No to klops. Już po mnie. Nie ma dowodu, nie ma paszportu, nie ma wakacji, nie ma niczego. Nagle olśnienie! Byłam ostatnio na pogotowiu? Byłam! Legitymowałam się tam? Tak. Uff, ulga i nawet poczułam jakąś wdzięczność do tego pogotowia, że tak się wyryło w mojej pamięci i naprowadziło na ślad dowodu. Ok. Cała akcja w te i wewte i jeszcze raz trwała 3,5 godziny. Ale co to takiego?
Kolejna zgubiona rzecz tego tygodnia to rurka od glutownicy. Dziecko dostało cały aparat do zabawy aby umożliwić mi zmianę pieluchy. Katar pojawił się następnego dnia, a rurka się zdematerializowała. Jakoś się mordowaliśmy do dziś - ja co chwila szukałam w innym pudełeczku, pod innym meblem. Ale dziś w nocy Dziecko miało taki katar, że bez ssania nie mogło spać. Robiłam za ludzki smoczek do 5 rano. Ale ileż można? Wstałam, przeszukałam absolutnie całe mieszkanie i oczywiście nie znalazłam. Po godzinie poszłam dalej dać się ssać. Natomiast potem, kiedy dzień wstał na dobre poszłam kupić nową. Tuż po powrocie do domu rurka się odnalazła - była w kosmetyczce, do której zaglądałam chyba ze 100 razy. Blada cholera.
I ostania rzecz. Przez te wymioty Dziecka biję rekordy w częstotliwości zmieniania pościeli. Cóż, muszę przyznać, że nigdy nie byłam zbyt gorliwa w praniu pościeli wychodząc z założenia, że wiedziemy czysty tryb życia ;-) No to teraz czas wyrównać rachunki. Jak pisałam parę dni wcześniej uprałam również większość poduszek. No i dziś o tej 5 rano obudziło mnie nie uporczywe ssanie, ale smród skisłego kaczego pierza. Ta woń będzie mnie długo prześladować. Jeny, co za obrzydlistwo. Szczerze, nie miałam pojęcia że cholerne poduchy nie doschły, wisiały na słońcu dwa dni. Fuj!
No więc ja się pytam, czy tylko mnie się takie rzeczy przydarzają? A może innym też tylko się tak nie użalają nad sobą?
No i jeszcze raz o tym pakowaniu, ok, ja dam radę w jednej spódniczce przez 2 tygodnie, i jedne klapki wezmę. Ale nie brać Fruta Pury i syropu na kaszel?

czwartek, 10 września 2009

Coś innego

Dla odmiany jestem dziś bardzo szczęśliwa i zadowolona z życia. Nie używałam pralki od 22 godzin! Dziecko zdrowe, słodko sobie śpi z pełnym brzuszkiem. Sądząc z ilości obsiusianych dziś ubrań swoich i moich, problem odwodnienia nie występuje. W pracy byłam na momencik, a potem rozkoszowałam się pięknym wrześniowym słońcem, nagrzane ogrody pachną cudnie, jakoś tak egzotycznie, dzięki czemu rozmarzyłam się o wakacjach i właśnie sobie oglądam hotele egipskie.
W ciuchu upolowałam fajne rzeczy na wyjazd dla Dziecka.
W domku mam wysprzątane a podłoga błyszczy od pasty.
Czego chcieć więcej? What's more there to pray for?
No może koronkowej bielizny i pierścionka z zielonym oczkiem, ale to za moment.

środa, 9 września 2009

Rota

Przerabiam pierwszego rotawirusa. Daję radę, ale akcja była ostra. Wczoraj od 19 Dziecko haftowało mlekiem, wodą, rumiankiem i czym się tylko dało. Haftowało ze szczególnym upodobaniem na poduszki. Więc upraliśmy w pięciu turach wszystkie poduszki z wyjątkiem jednej samotnej ocalałej. Ale wszystko jeszcze przed nią. Upraliśmy również wszystkie moje piżamy, no bo ja przyjmowałam wszystko niejako na klatę.
O 4 nad ranem kiedy zawiodły wszystkie metody uśpienia Dziecka, a ja po raz kolejny bezskutecznie upychałam je w wózek, Dziecko wzięło sprawy w swoje rączki. Wylazło z wózka, wyjęło z niego kołderkę i Anioła, ułożyło sobie legowisko na podłodze, a następnie ładnie na nim zasnęło. Było mi trochę smutno, że jak taka psina śpi na podłodze, ale ze względu na traumę usypiania go, po prostu przykryłam go kocykiem i walnęłam się na wyrko.
Dziś Dziecko jest do mnie przylepione super glue. Dzięki Bogu, przyszła pani od sprzątania, moja odrobina luksusu więc nie musiałam zajmować się chałupą. Karmieniem Dziecka też się nie muszę przejmować, bo menu zostało ograniczone do chrupek kukurydzianych i cyca.
Zestaw zainteresowań również skurczył się drastycznie do Lekcji Baletu świnki Peppy - 10 razy pod rząd - oraz piosenki Tik Tak, którą śpiewam nawet przez sen.
Dziś bez wymiotów, za to pod koniec dnia otworzył się drugi spust. Uprałam już połowę kanapy. Co będę prać dziś w nocy?
Wiem, to strasznie nudne, co napisałam. Jakoś w ciągu dnia miałam masę błyskotliwych spostrzeżeń i myśli, ale teraz niczego nie mogę sobie przypomnieć. Błyskotliwe ale ulotne.

poniedziałek, 7 września 2009

Domowe sporty ekstremalne

* rzyganie na odległość
* zmiana pościeli na czas
* zjazd slalomem ze schodów
* goście o 8.00
* wizyta w izbie przyjęć o północy
* skręcanie mebelków z Ikei
* szukanie Trójki na radyjku analogowym

I to wszystko w jeden weekend. Jak dobrze że jest już poniedziałek i spaliśmy do 7.30.

Aha, w międzyczasie zakończył się remont i M oficjalnie został wyproszony ze stołu jadalnego. Witajcie kwiatuszki, dzbanuszki i serweteczki!

piątek, 4 września 2009

I jeszcze dwa obrazki z dzisiaj

Makro organizuje Targi Gastro. Nie słyszałam mniej apetycznej nazwy. Kojarzy mi się tylko i wyłącznie z chorobami przewodu pokarmowego. Kogo oni tam zatrudniają w marketingu?? Idiotów? a nie to Media Markt.

Na przejściu stoi kobitka i czeka na zielone. Stojąc maluje sobie paznokcie! No nie, to ja uważam siebie za taką sprytną, bo nakładam odżywkę na skórki w korkach. A tu proszę. Steczkowska jadąc samochodem maluje paznokcie. Na każdym skrzyżowaniu jeden. A ta tutaj nawet nie musi siadać.

Obrazki z podróży

W taksówce. Dziecko w dobrych rękach kochającego ojca. Myślę o nich z czułością. Przede mną business trip, jestem busy & important. Ale minę mam nietęgą. Skąd u licha taki korek bladym świtem? Cholera! Zapomniałam że już po wakacjach.

Lotnisko. Coffee Heaven. Piję latte z soją. Kolejny lot dopiero za 2 h. Mam robotę ze sobą więc się nie nudzę i nie trwonię służbowego czasu. Przy stoliku obok polski muzyk łamaną angielszczyzną tłumaczy Chince jak piecze się chleb. Jak jest zakwas po angielsku? On też nie wie. Naprzeciwko ksiądz w cywilu czyta Biblię przy porannym ekspresso.

Samochód. Wrocław jest rozkopany. Podobno od 20 lat. Co oni tam robią w tych rowach? szukają skarbó? Może do Euro skończą. Jazda przez miasto trwa 1,5 h. Temperatura moich uczuć do Wrocławia spada. Gadamy o weselach. Temperatura moich uczuć do M rośnie.
Przez okno widać piękne stare budynki. To był Breslau. Tych nowych staram się nie dostrzegać. Za miastem rozległe pola chłopów-przedsiębiorców. Widziałam kilka wielkich ptaków. Sokoły czy zmutowane gołębie?

Spotkanie. Sprzedam tu cokolwiek? W ogóle nie czuję wibracji.... dopiero pod koniec zaczyna coś klikać. Może.

Znów taksówka. Śmierdzi skajem (aż się chce napisać sky'em), jak w syrenkach. Zapach dzieciństwa. Teraz skaj nie śmierdzi. Nazywa się po nowemu skórą ekologiczną. Taaaa, ekologiczna.
Dzwoni M.
- Co możesz zrobić, żeby wrócić wcześniej? Mam spotkanie. Z kim zostawić Dziecko. Podaj mi jakiś numer telefonu.
Temperatura moich uczuć rośnie i rośnie. Przegrzałam się i odkładam słuchawkę. Ok. Znów mi przypomniał, na czym polega partnerstwo w związku. Gdzie moje miejsce w jego teatrze wartości. W siódmym rzędzie przy toaletach.
- To rzuć pracę, najwyżej będziemy biedni.
Taaaa.

Znów lotnisko. Stoję bez butów. Obcy facet grzebie mi w torebce swoim skanerem. Obok inny obcy facet zapina pasek od spodni. Czy wszyscy stojąc w miejscu publicznym w skarpetkach czują się podle czy tylko ci co właśnie mieli domową awanturkę?
Jem kluchy z warzywami a potem boli mnie brzuch, bo to był pierwszy posiłek od 10 godzin.
Potem oglądam wolnocłówkę. Kupić coś za travel value? E tam, popiszę sobie blogaska piórem. Jutro przepiszę.
I jem Bounty. Dlaczego jak się kupuje wódkę to trzeba pokazać kartę pokładową, a jak batona to nie?

środa, 2 września 2009

Takie tam

Życie domowe wróciło do normalnego rytmu. Przyjeżdżam z roboty i krzątam się po mieszkaniu. Wczoraj dodatkowo wyprodukowałam 5 litrów przetworu z surowca występującego pod tradycyjną nazwą cukinia bądź kabaczek. Ostatecznie kwestia różnic pomiędzy cukinią a kabaczkiem nie została rozstrzygnięta. Jedyne źródło które zajęło zdecydowany głos w tej sprawie to Ciocia Zosia, a z nią wiadomo jak jest.
No więc M przeszukał mieszkanie pod kątem ww. surowca i odnalazł 5 sztuk, które dzielnie obraliśmy, posiekaliśmy na rewolucyjnej tarce Pro V (as seen on TV!!!) a następnie poddaliśmy obróbce w wysokiej temperaturze. Gdy tylko gotowy produkt znalazł się w słoikach, pod stertą ściereczek odnaleziono kolejne 3 cukinie..... czy ja się nigdy od nich nie uwolnię?
Z tego spracowania się w kuchni postanowiłam zafundować sobie relaks i obejrzeć film. Tak dawno nie wylegiwałam się na kanapie, że zapomniałam jak to się robi i M musiał mi udzielić wskazówek oraz zademonstrować :) Było fajnie, ale dziś jestem nie wyspana, bo Dziecko, mój promyczek, lubi oglądać wschody słońca.
No i czytam sobie tą książkę, jak nauczyć dziecko spać samodzielnie i bez cyca. I ta książka mniej więcej brzmi tak: chcesz odstawić dziecko i nauczyć spać we własnym łóżeczku? ale czy rzeczywiście musisz? zastanów się, może nie musisz? nie musisz ale chcesz? zastanów się, może w głębi serca nie chcesz? jednak chcesz? no to poszukajmy wspólnie powodów dlaczego chcesz i zlikwidujmy je w 15 prostych krokach. wystarczy: większe łóżko, więcej poduszek, nowy mąż, serdeczna przyjaciółka. o widzisz! jednak nie chcesz! sukces. dziękujemy i zapraszamy do kupowania kolejnych naszych pozycji książkowych.
Co jeszcze? a, miałam fajną wizję przez moment, że mam dwie skóry, takie dwa awatary w które się wcielam. Wygląda to w praktyce tak, że wychodząc do roboty zdejmuje awatar model DOM, taki z krótkimi paznokciami wybielonymi chemią domową, z rękami w kolorze marchewki i obierków od ziemniaków, z włosami o zapachu schabowego i piersiami o konsystencji meduzy, i wkładam lśniący model LUX. Włosy w falujących i błyszczących lokach, świeża fukcja na paznokciach, nogi wydepilowane aż po pas, piersi i pośladki jędrne jak brzoskwinki, piętki jak poduszeczki. Fajnie by było, co? jakby ktoś to chciał opatentować, to ja się piszę na testowanie prototypu:)

Poza tym co? Zostawiłam w Wu nożyczki do paznokci i cążki oraz zagubiłam balsam do ciała. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie?

wtorek, 1 września 2009

City girl again


Ależ mi się nie chcę, ale czuję, że muszę zrobić bilans pięciu tygodni życia wiejskiego.....
No więc:
= wstawałam o pół h później
= chodziłam o 2 h wcześniej spać
= gotowałam z raz na tydzień
= odkurzyłam tylko raz
= pralkę obsłużyłam może z 5 razy
= wózek wpakowałam do samochodu 2 razy
= zjadłam 10 cukinii
= przytyłam 5 kg
= z M widziałam się 3 razy
= do roboty jechałam krócej ale za to mniej chętnie

Natomiast odkąd wróciłam, ugotowałam 2 gary żarcia, zrobiłam 5 prań, 1 odkurzanie, 3 wsadzania wózka do bagażnika, wchłonęłam 1 cukinię i schudłam 1 kg. M widziałam 30 razy. M jak Misiek, żeby nie było.

Co po za tym? Zakupiłam książkę o usypianiu dzieci z nadzieją, że Dziecko zacznie spać samo i odczepi się od cyca od pierwszego rzutu okiem na okładkę. Tymczasem teza książki jest taka: chcesz żeby dziecko ładnie przesypiało noc? to śpij z nim i dawaj mu cyca ile wlezie. Tyle to ja wiedziałam bez wydawania 30 złotych.

No i jeszcze, wczoraj miał być ostatni dzień w którym dzielę z M stół (ad mensa e thoro :)) ale jego mensa została dostarczona w 6 kawałkach zamiast w 3. Tak, genialny kurier z Siódemki dokonał rytualnego mordu na nogach stołowych i w ten sposób skazał mnie na obecność M w jadalni na czas bliżej nieokreślony.
Tak więc łóżko dzielę z Dzieckiem a stół z M. A miało być tak pięknie.
:) :) :)

środa, 26 sierpnia 2009

i wziął ją w silne ramiona

Ale dorwałam książkę.
Ona drobna, krucha, niewinna, skrywa pasję życia i urodę pod płaszczykiem szarej myszki. On postawny, piękny, porywczy i bogaty. Ona rzuca mu się w ramiona. On walczy z uczuciem. Ona rzuca się w wir życia. On rzuca lodowate spojrzenia wyimaginowanym rywalom. Rani ją i przeprasza.
Miażdży ją w czułym uścisku i zawsze jak się całują to on musi się pochylać. Ani słowa o tym, że ją od tego boli szyja.
Do ostatniego akapitu nie wiadomo czy będą razem.
Taki kicz, a nie mogłam się oderwać. Chcę do Vegas!

wtorek, 25 sierpnia 2009

Osaczona


Strasznie mnie boli ta cenzura, utkwiła mi w żołądku gorzką gulą i nie mogę się jej pozbyć mimo Orbit Bez Cukru. Skoro nie mogę pisać, czego chcę, to chrzanię takiego bloga, tak sobie pomyślałam, ale zaraz mi się żal zrobiło. Pisanie do szuflady jest takie passe. Rzeczywistość internetowa jest brutalna, rządzi się swoimi prawami i muszę je zaakceptować.
W realu też co i rusz trzeba przełykać dumę, przymykać oko, godzić się na kompromis i zadowalać połowiczną satysfakcją. Żeby tam chociaż połowiczną!
Buntuję się przeciwko temu. Dlaczego tak jest, to takie niesprawiedliwe!! Mam jedno życie, prawie połowa tego życia już za mną, świadomość mijającego czasu dociera do mnie przy każdym oglądaniu zdjęć Dziecka, przy każdym nowym słowie, przejawie samodzielności. Tyka zegar, oj tyka nieubłagalnie. A ja ten mój wąski, malutki kawałeczek czasu we wszechświecie dzielę na czworo i ciągle, bez przerwy, z każdą minutą oddaję cząstkę siebie.... w imię czego??
Pracę mam niby fajną, ale teraz chcę robić coś innego. To takie okropne, że codziennie rano zostawiam moje Dziecko na długie godziny wbrew sobie, niczego wartościowego w zamian nie zyskując. Ciągle na coś czekam, zdaję się na kogoś, oddaję stery.
Chcę czuć pasję, namiętność, czuć że żyję, że korzystam, czerpać pełnymi garściami. Boże, tylko nie wiem, co ja chcę w te garście złapać! Skąd to się wie, gdzie szukać? Zaraz się popłaczę chyba.... Normalnie życie moje mija jak nie moje i nie wiem, jak to zmienić.
Poproszę kawkę i życie adrenalinowe raz!

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Coś się kończy

Zimne poranki, wieczorem natomiast ochota raczej na herbatę z malinami niż białe wino, pierwsze rudziejące liście to nieomylne zwiastuny końca lata. To wprost straszne, nie mogę się z tym pogodzić, i chce mi się wyć za latem. Jedyną nadzieją na wygrzanie się w słońcu jest urlop w ciepłych krajach. Mam nadzieję, że św. Antoni oraz Wydział Paszportowy się zlitują i już niedługo wyfruniemy na egzotyczną wyspę....
A tam przegląd ciał.

A na razie piękny weekend za nami, a sorry, piękna sobota. Ja naprawdę lubię chmielaki. Drewniane kogutki i pieski, wiklinowe koszyki i orzechy w cukrze...mniam. No i malowniczy menele wysiadujący w bramach.

Cenzura mnie dopadła i musiałam wyedytować. Podobno stanowię zagrożenie dla równowagi we wszechświecie. Ja z moim malutkim blogaskiem? ależ kto mnie czyta???

Dziś rano przejeżdżając koło domu bez dachu zauważyłam zaparkowany na podjeździe samochód właściciela. Jeździ kabrioletem! Urocza konsekwencja wyborów. Pewnie nie zdąży w ciągu tygodnia umeblować domu, więc mogę tylko puścić wodze wyobraźni... stół bez blatu, kuchnia bez okapu, sedes bez klapy....

Oprócz tego, powiększył się stosik ubrań na mnie za ciasnych. Czyżby w tej sferze także coś się kończyło? Tylko co? Młodość?

środa, 19 sierpnia 2009

A 3 lata temu....


... zaufałam serwisowi weather.com, Panu Bogu, oraz M - że mnie będzie wielbił aż do śmierci.
Prognoza pogody się sprawdziła i weselicho było na polu. Pan Bóg mnie również nie zawiódł (jeszcze niech tylko św. Antoniego kopnie w piszczel, bo coś się chłopak leni, a tu ważna koperta nam zginęła). I mam nadzieję, że ja Jego też nie.
Reszta w rękach M - wywiąże się, czy nie?
No bo ja M ślubowałam się nie zapuścić. I na tym polu mam sobie do zarzucenia (do zrzucenia) ze 3 kilogramki.
Poza tym to były naprawdę udane 3 lata, w czasie których w moim życiu pojawił się ciśnieniowy ekspres do kawy, drugi kredyt oraz Dziecko. Na najbliższe 3 lata tego związku życzę sobie podobnego zestawu, z tym że ekspres chętnie wymienię na lodówkę, a kredyt na wygraną w totka:)

wtorek, 18 sierpnia 2009

Dom bez dachu

Jadę codziennie drogą przez wsie przez równe 28 minut w każdą stronę i oprócz okazjonalnego wyprzedzania ciągnika oraz mierzenia czasów przejazdów na poszczególnych odcinkach (dom-tory-zakręt-rogatka-praca) nie mam się zbytnio czym zająć. Na takiej drodze absolutnie nie da się pielęgnować skórek, ale za to jakie spalanie mam oszczędne:)
No więc jadę sobie i się rozglądam. Zaglądam ludziom w ogródki, a jak się da to i w okna. Mówiłam już że lubię, no nie? I zawsze zwalniam przy takim jednym domu, który wyłania się nagle na zakręcie i widać go tylko jak się jedzie do miasta, bo jak się wraca to on jest za innymi domami i krzaczorami jakimiś. Dom ten nie ma dachu. Tzn dach pewnie ma, ale na pewno nie ma strychu. Ma też wielkie okna. Jest jeszcze niezamieszkały i nie urządzony. Strasznie bym chciała, żeby go urządzili w ciągu najbliższych dwóch tygodni, bo jestem ciekawa, czy wystrój będzie równie oryginalny co bryła.
Fajnie, że takie budynki powstają, bo świadczy to o pewnej szerszej wyobraźni właścicieli. Szkoda tylko, że ten ciekawy domek postawiono w miejscu, do którego jego styl w ogóle nie pasuje. No bo na polskich wsiach, przynajmniej w Polsce B, panuje od lat moda na dworki. Więc każda wieś ma co najmniej 13 dworków z kolumienkami:) A tu nagle pośród dworków bryła nowoczesna. I bez dachu.
Papa!