wtorek, 25 grudnia 2012

Dziura w głowie

Latem gdy jechałam na wakacje z jogą, zapomnialam wziąć dowodu rejestracyjnego i maty do jogi. Teraz zostawiłam całą torebkę i spodnie narciarskie Dziecka. Najważniejsze to trzymać poziom!

niedziela, 23 grudnia 2012

czwartek, 20 grudnia 2012

Kłębek

No dobra, pan Darek to jest pan z warzywniaka i posłużyłam się nim jako figurą stylistyczną. Pan z serwisu nazywa się inaczej i w tym tygodniu do mnie zadzwonił. Zapytać, czy jestem zadowolona z usług. No bardzo. Co prawda nie znaleźli usterki za pierwszym razem, ani za drugim, ale ostatecznie naprawili, co popsuli. Polecam. Innych tematów nie poruszaliśmy.
Ważne że auto zapala, jedzie, zużywa paliwo i dmucha na mnie ciepełkiem.
Do kompletu mam równie sprawnie naprawiony ekspres do kawy. Pan z serwisu ekspresów jeszcze nie dzwonił.

Ja tymczasem na maksa korzystam z nieobecności Dziecka i dzielnie tłumię wszelkie zalążki wyrzutów sumienia, że tak mi dobrze. Trochę myślę. Głównie o tym, że strasznie to wszystko trudne i skomplikowane. Co chcę, czego nie chcę, kto mnie wkurza trochę, a kto tylko troszkę. Jaka jestem. Czy daję radę, czy tylko chce dawać radę, a może jednak wolę nie dawać rady? Tego przedostatniego dnia bez Dziecka, cierpiąc na ciężki przypadek winnej grypy, zaczynam przeczuwać, że to co jest teraz dla mnie takie skomplikowane, jest w rzeczywistości bardzo proste. Jest jak kłębek wełny, który za szybko i byle jak rozwijany splącze mi się w supeł i wtedy już bez nożyczek się nie obędzie. Muszę spokojnie poszukać końca nitki i nagle wszystko się wyprostuje. Na razie go nie widzę. Za długo się bawiłam tym kłębkiem i chyba trochę sfilcowałam wierzchnią warstwę...


sobota, 15 grudnia 2012

Jestę czy nie jestę?

Tak się składa, że każdy dzień w tym tygodniu zaczynam od wizyty w autoryzowanej stacji obsługi i to wcale nie dlatego, że pan Darek jest jakiś wybitnie czarujący, choć w sumie gdyby zaprosił mnie na kawę, to może może... ale do rzeczy. Po osiągnięciu szacownego wieku 11 miesięcy i po przejechaniu 19,5 tys. km mój pojazd zużył trzy kluczowe części i natracił płynu z chłodnicy ponad normę. Może z okazji nadchodzących świąt pozapalał sobie te lampeczki? Wątpię, raczej nie. Trafił mi się wybrakowany model. Znowu :)
No i tak nagle dziś, już w drodze do pracy, naprawionym po raz kolejny autem, olśniło mnie. Połączyły mi się dwa fakty: 1. mam zepsuty/awaryjny samochód i 2. piszę bloga.
Zaraz ujawnię markę samochodu i numer telefonu pana Darka na fejsie, tłiterze, blogu, komentkach na onecie i jeszcze powieszę na osiedlowej tablicy ogłoszeń. Jak nic należy mi się nowy samochód. Należy? Jestę czy nie jestę blogerę?
Ekspres do kawy też się zepsuł. Jest w serwisie od ponad tygodnia i nikt do mnie nie oddzwonił. Więc co rano piję rozpuszczalną. Oburzające, żeby bloger pił rozpuszczalną.
A Dziecku w szpitalu to źle zdiagnozowali wyniki ... Jak tak można blogerowi, no jak?
I w ogóle wszędzie mnie traktują jak zwykłego klienta. No ludzie!

czwartek, 13 grudnia 2012

Fotowpis o winie





Uwaga, zrzędzę.

Uczucie na dziś: zmęczenie.
Nie takie jak po siłowni, o nie. I nie takie jak po zarwaniu nocy, powiedzmy z dobrą książką. Niestety.
Dziś towarzyszy mi zmęczenie brakiem rutyny i rytmu. Rutyna jest do dupy, wiem, ale mimo wszystko pozwala się jako tako zestroić ze wszechświatem. Ja mam brak i się rozstroiłam. Nie wiem, co będę robić w najbliższych dniach i czy zdążę ze wszystkim. Czuję, że raczej nie.
Jestem również zmęczona samą sobą. Ogonem spraw niezałatwionych lub załatwionych po łebkach. Murem ze spraw, z którymi powinnam się zmierzyć, wykonać, przebudować i wyremontować, a zamiast tego obchodzę nie takim znowu szerokim łukiem.
Wyspą marzeń, na którą nie mam odwagi kupić sobie biletu. Ciepłym błotem, które nazywam maseczką lub body wrapem, podczas gdy jest tylko ciepłym błotem... No to sobie ponarzekałam.
Mam dwie opcje: albo się wezmę i zagonię moje osobiste krasnoludki do roboty, albo uruchomię całą potęgę filozofii F**k it i otworzę jakieś wino dziś wieczorem...

niedziela, 9 grudnia 2012

Zrób mi robota

- Zrobimy jutro na śniadanie naleśniki z czekoladą?
- Mam lepszy pomysł. Zrób robota, który bedzie nam robił naleśniki z czekoladą.
- Obawiam sie, że nie umiem robić robotów...
- No coś ty, to bardzo proste. Głowa to mały prostokąt, brzuch to duży prostokąt, a nogi i ręce to patyki.
- Mówisz mi jak narysować robota, a nie go zrobić.
- Aha, to jeszcze bedzie potrzebna piła do metalu.
- Ale jak zrobić, żeby ten robot sie ruszał?
- Weźmiemy pada.
- Musi mieć jakiś komputer w środku...
- Przecież masz komputer!
- A skąd ten robot bedzie wiedział, co ma robić?
- Musisz wziąć dużo kabli, takich dwustronnych i wtykalnych. Połączymy te kable z robotem i z padem. Na padzie bedą rożne guziki, na jednym będzie narysowana kuchnia.
- Jak się naciśnie guzik z kuchnią, to robot zrobi naleśniki?
- Nie! Wtedy dopiero możesz mu powiedzieć, co ma ugotować.
- I to wszystko?
- Nie, jeszcze buzia. Buzię robi sie z takich kratek jak głośniki. Z trzech kratek. I musi mieć kółka!

Oooookey. Idę robić śniadanie.

piątek, 7 grudnia 2012

Coś nowego

Słuchajcie, kopnęłam się w ten przysłowiowy tyłek i w 4 dni skreśliłam z listy 90% spraw, bo naprawdę się nimi zajęłam, a nie dlatego, że długopis wpadł mi w ręce. Do tego ćwiczę, stosuję dietę i oszczędzam. I rozwijam się duchowo, odbudowując zachwiane poczucie … no, po prostu daję radę i aż mi się buźka szczerzy, tak mi z tym dobrze.
I rękodzieło wykonuję. Z korków od wina, bo akurat tak się składa, że mam ich więcej niż tych od wody mineralnej (bo wodę sprzedają w większych butelkach, tylko dlatego!). Pochwalę się jak skończę i jak będzie się nadawało do upublicznienia.
Więc trwam sobie w samozadowoleniu i spędzam miło dni i popołudnia. Na przykład wczoraj. Byłam na kolacji w Vedze w końcu, ciągle o niej słyszę, a jakoś tam nigdy nie zawędrowałam. Dostałam jakiś mega wypasiony dysk sieciowy, który mruga, śpiewa i wie wszystko lepiej. Film obejrzałam z gorącą herbatką w ręku. A wieczorem leżąc całkiem usatysfakcjonowana w łóżku nagle zdałam sobie sprawę, na ile rzeczy tego popołudnia narzekałam!! Na zimno, na korki, na kabel wystający z mega mrugającego dysku, na preparat do crackle, na film, a nawet na łóżko. Wredny, zrzędzący i niewdzięczny babsztyl ze mnie. Tyle lat żyję i nie wiedziałam!

sobota, 1 grudnia 2012

Przed świtem

Piszę, bo nie mogę spać.
A nie pisałam, bo byłam w szpitalu. Dziecko mi się pochorowało. Jakieś wredne te bakterie teraz, nie to co za moich czasów... Mieliśmy zatem z Dzieckiem przymusowy pobyt. Już parę szpitali niestety zaliczyliśmy i muszę powiedzieć że ten akurat wpada w moją osobistą kategorię luks. No bo po pierwsze mieliśmy swoją salę. Może sala to nieco szumne określenie... może boks lepiej oddaje naturę pomieszczenia. Oddział dysponował świetlicą i panią świetliczanką do obsługi dzieci. Szpital dysponował i co więcej udostępniał dzieciom salę rehabilitacyjną, by się wybiegały! Normalnie ameryka jakaś.
Więc my się w tych luksusach pławiliśmy całe 8 dni. Od klaustrofobii ratowały mnie codzienne spacery. Jak w więzieniu. Między obiadem a popołudniowym podawaniem leków miałam wychodne i po prostu spacerowałam. Już dawno nie chodziłam bez celu po mieście sama, po to by iść. Zapomniałam że człowiek jest zdolny pokonać takie odległości na nogach. Ogólnie to fajnie było. Może trochę przegięłam z puzzlami... ale coś w tej świetlicy robić trzeba. Mózg mi zgąbczał.
Z Dzieckiem już okej.
Dziecko, jak już zostało potraktowane antybiotykiem i postawione na nogi, to w zasadzie nawet zadowolone było z całej tej sytuacji. Urlopik od przedszkola, pełna atencja licznych członków rodziny, matka do dyspozycji 22 godziny na dobę, nowi znajomi.

Czemu ja w zasadzie nie mogę spać? Przecież jest weekend? Jakoś w ciągu tygodnia to jeszcze rozumiem, że mnie budzi presja służbowych zaległości i perspektywa różnych trudnych zadań... Ale żeby tak w piątkową noc obudzić się o 4.30 z myślą, że muszę koniecznie wyprać fioletowy koc... to już naprawdę... niech mnie ktoś dobije...

piątek, 16 listopada 2012

Przewróciło się, niech leży

Siedzę z Dzieckiem w domu. Dziecko chore, ja uprawiam tzw. home office, czyli wypełniam tabelki planując co do gara oraz rozwieszam pranie planując slajd 17 mojej prezentacji na środową konferencję. Bardzo efektywne, szczerze odradzam.
Dziecko ma wirusa. Wirus jest zaraźliwy. Zaraził się ekspres do kawy, któremu spuchł blok zaparzający. Cztery moje poranne kawy lawacce zamiast w łomonosowie wylądowały w pojemniku na fusy. Smutno tak było patrzeć jak kawa 150 zł/ kg ścieka do zlewu. Zalogowałam się na forum branży horeca i znalazłam foto instrukcję rozkręcania bloku zaparzającego i przestawiania dyszy wody w pozycję startową, oznaczoną literką N. Wiadomo - logiczne. Wykonałam wszystkie kroki, a nawet trochę więcej, zmontowałam (a co, w końcu dam radę), wyczyściłam, wysuszyłam, nacisnęłam start i w tym momencie blok się zablokował ponownie. W końcu nazwa zobowiązuje.
Cyferki w tabelkach dają liczby niesatysfakcjonujące. A mają być ładne i optymistyczne i na dziś. W slajdy z prezentacji przestałam wierzyć, a mam ją "podkręcić". Na dziś.
Dziecku spuchły węzły chłonne. Wujek gugiel mnie zestresował. Pani doktor z pogotowia uspokoiła. Dziecko choruje jak prawdziwy facet, czyli obłożnie. Może ruszać tylko palcami po padzie. Łyżki do ust nie ma siły podnieść. Mówi, że boli go szyja i że jestem okropna.
Plany weekendowe na moich oczach biorą w łeb. Miałam mieć weekend imprezowo-wyjściowo-sportowy. Ale nici z dzisiejszego treningu. Już raczej nie pójdę jutro na jogę. W związku z tym zjem 4 kanapki z majonezem i serem kozim i nie będę się ważyć do wiosny. Pfffffff. Pf.

sobota, 10 listopada 2012

Konretnie o kondycji

W ramach samokopania się w tyłek stwierdziłam u siebie kompletny zanik kondycji.
Po marcowej kontuzji narciarskiej mocno wrzuciłam na luz, trenażer mi się zepsuł i poza jogą oraz okazjonalnymi zrywami A6W w zasadzie nie molestowałam swojego ciałka (tańce do rana i szlajanie się po knajpach się nie liczą). Więc zaczęłam ćwiczyć. Efekty są odczuwalne w postaci zakwasów wszystkiego. Mam jakąś płytę fitness sado-maso. Bardzo praktyczne rozwiązanie, zadaje się cierpienie jednocześnie sobie i sąsiadom. 600 kcal w 40 min. To w ogóle możliwe? Żeby spalić, a nie przyjąć, ofkors. Przyjąć mogę dużo więcej w 40 min. Pff. Dodatkowo wczoraj w ramach wieczoru "just for me" poszłam na coś co nazywa się TMT. Pewnie bardziej obyci w świecie od dawna już to ćwiczą i nazywają nową zumbą, ale ja dowiedziałam się o istnieniu tego dopiero wczoraj i choć nie zrobiłam jeszcze riserczu na ten temat to uważam, że jest to system ćwiczeń opracowany dla jakiś zmutowanych komandosów-kikbokserów z kosmosu. Nie dla ludzi. Już w dziesiątej minucie wyplułam własne płuca i zaczęłam odczuwać szczery żal za każdego czipsa i papierosa przyjętego w ciągu ostatniego roku. Po pół godzinie wyrzucałam sobie nawet picie wina! I gdyby nie to że ćwicząca obok mnie Kluska oraz za mną Starsza Pani autentycznie dawały radę, to chybabym pozwoliła sobie na mały zawalik serduszka i wyniesienie mnie na noszach. Jak teraz o tym myślę, to nawet szkoda że nie zemdlałam, bo miałabym szansę na reanimację w wykonaniu instruktora o budowie Szwarcenegera. Z czasów gdy byłam w podstawówce.
No i jeszcze ta muzyka! Ćwiczy się przy takim rytmicznym łupaniu, które zmienia tempo na szybsze, jeszcze szybsze i niemożliwie szybkie w równych interwałach. Przypomina mi odgłosy, które słychać gdy przejeżdża obok VW Golf z podświetlaną podłogą i dwoma łokciami zwisającymi przez okna.
Dobra, idę z Dzieckiem na basen. Miłej soboty!

poniedziałek, 5 listopada 2012

Byle do wiosny

Boże jaka jesień. Z deszczem i łysymi drzewami. Niezłota.
Wejść pod kocyk, wsadzić słuchawki w uszy, przymknąć oczy i nie ruszyć się do połowy marca. Ale niestety, tak dobrze nie ma, trzeba pchać ten wózek, krasnoludki tego za mnie nie zrobią. Zapadły w sen zimowy, cholery jedne.
Więc próbuję samodzielnie kopnąć się w tyłek. Nadal. Ale kondycja nie ta i jakaś nierozciągnięta jestem. I wałek na boczku przeszkadza. I ślizgam się na brudnej podłodze.
No nijak mi nie wychodzi.
Chociaż codziennie następuje mała mobilizacja, zwarcie szyków, planowanie strategiczne i powstaje lista rzeczy do zrobienia. Plan ambitny acz realny, pełen smart. Pozytywny, oparty na radosnej afirmacji i silnie umotywowany wewnętrzną potrzebą radości życia.
Tyle że jesień to nie jest dla mnie dobry moment na działanie. To moment konsumpcji. Pamiętacie, że narobiłam sobie weków? Niestety, wszystkie już zeżarłam i teraz muszę się odchudzać.
I robić nowe.
Czuję, że gdzieś głęboko dojrzewają we mnie różne decyzje. Prawda, z która nie chcę stanąć oko w oko, staje się coraz bardziej częścią mojej świadomości. Będę musiała ją zdusić i zgorzknieć oraz pozwolić jej mnie zakłamać. Albo się z nią zmierzyć, bleed it out cutting deeper just to throw it away, jak mówił klasyk.
Na razie popracuję nad kondycją.

sobota, 3 listopada 2012

W klimacie

Rozmowa filozoficzno-makabryczna w okolicznościach skłaniających do zadumy (toaleta baru sushi na Ursusie):
- Mamo, co to jest śmierć?
- To koniec życia.
- To samo co umarcie?
- Tak.
- I skóra odpada od czaszki?
- No... tak.
- I zamienia się w ducha?
- Tak.
- Aha, a reszta w kościotrupa, tak?

Oraz inna:
- Tato, to będzie moja tajemnica do konca życia. Dopiero tuż przed samym umarciem i pójściem do nieba ci powiem.

Oraz na cmentarzu:
- Jedną lampkę zapal dla mnie. Dla zabawy.

W sumie lubię te święta. Nawet. Mimo dyn coś dla mnie znaczą.
Znaczy dynie też lubię, wiadomo.


środa, 24 października 2012

Obrusom wstęp wzbroniony

Znowu się zawiesiłam z pisaniem. A czytelników mi przybywa :) Miło, rośnie mi mój wirtualny brzuszek rozkosznie. Witam wszystkich Nowych tutaj!
Tymczasem w głowie mi się kotłuje i nic nie sensownego nie wykotłowuje. Trochę się szlajam po mieście, słucham jazzu, trochę wina wypijam. Na przykład w taki piątkowy wieczór. Przy czwartym winie zaczynam przyglądać się fakturze stołu. Siedzę z koleżankami i gadam i nazachwycać się nie mogę, jak cudowne są kobiety. Jakbym nie była jedną z nich, to chciałabym zostać, natychmiast. Wspaniałe. Moc z nich bije. Ale, sączymy czwarte wino i chcąc nie chcąc zaczynam dostrzegać rysy na moim stole.
Przypomina mi się, jak ten stół kupowałam. Miał być koniecznie z litego drewna, bo marzyło mi się, że kolejne tury moich gości oraz dzieci wyrysują na nim historię spotkań i życia biesiadnego, że będzie świadectwem żywotności mojego domu. Obrus surowo zakazany.
Teraz jestem starsza i mądrzejsza i już wiem, że w naiwności swojej dałam sobie wmówić, że fornir to gatunek drewna, a mąż i rodzina są planem na całe życie.
Tak więc parę lat minęło, a ja nie z gromadką dzieci i wąsatym mężem, ale z rozpustnymi i odgórnie samodzielnymi koleżankami siedzimy przy stole i żłobimy nasze historie kieliszkami z winem.
Na nieszczęsnym fornirze trochę rys powstało. Tu robiłam tekilę bumbum, tu walnęłam ręką w gipsie, tu się szklanka gorąca odcisnęła, tu przypalałam absynt, tu były wyścigi hotwheelsów. Chciałam historię, mam historię.Chciałam Danielle Steel, a mam ... nie wiem co właściwie, nie czytam takich książek :)
Więc jak widać trochę jesiennie i smętnie u mnie. Czuję że idę z życiem na kompromis, cynizmem uzupełniam ubytki w szwankujących relacjach, a winem dołki w samopoczuciu. I już dwa razy dostałam maila o treści Sprawdź czy jesteś Alkoholikiem :) Chyba na podstawie wyciągu z karty mnie wytypowano do tego testu...
Ale nie tylko smętnie, bo też pracowicie. Wszechświat spełnia także te niewypowiedziane prośby i dąży do równowagi. Nie pozwala mi za bardzo się rozczulić nad sobą i przywala mi roboty przy taśmie. Rzucam się w wir pracy, której mam dużo, za co jestem niepomiernie wdzięczna Niebiosom.

sobota, 13 października 2012

Nie mam pomysłu na tytuł

Dzień dobry!
Wasze zainteresowanie moją stagnacją bardzo mnie wzruszyło... dziękuję! Wiem, że warto nicponierobić, że warto odpuścić (w końcu wyznaję filozofię pieprzyć to), ale poprosiłam o kopniaki, ponieważ już się nicponierobiłam i chciało mi się cośporobić, ale nie mogłam zacząć. Więc dziękuję.
Zaczął się nowy dzień i nowa szansa, by ruszyć dupę.
Jak na razie idzie mi dobrze.
Skończyłam książkę Murakamiego i kontempluję ją przy dźwiękach Coltrane'a, realizując kolejne hipsterskie cliche. Wiem, dlaczego tak lubię klimat Murakamiego. Za alegoryczność, ofkors, ale najbardziej za te drobiazgowe opisy. Jego bohater nie sprząta po prostu kuchni. On zmywa talerze i sztućce, wyciera je lnianą ścierką i odstawia do szafki obok lodówki. Chowa garnki. Wyciera blaty, szoruje zlew i zamiata podłogę. Jak w życiu. Chcesz mieć posprzątaną kuchnię - musisz się troszkę narobić, a nie tak jednym zdaniem prostym ją sprzątnąć. Kiedyś M mi powiedział, że lubię filmy i książki w których nic się nie dzieje. No może. Lubię książki i filmy, w których dzieje się życie.
Ja już swoją kuchnię dziś sprzątnęłam w trzech zdaniach wielokrotnie złożonych.
Do tego wykonałam brzuszki.
Oraz wstawiłam pranie.
Oraz przetworzyłam dynię troiście, jak to mawiała moja babcia.
W ogóle to mam obsesję dyniową.
Obecnie na stanie mam dynię na 8 sposobów: zupa dyniowa z wędzoną rybą, dynia w occie, dynia w zalewie, leczo dyniowe, placuszki dyniowe z kaszą jaglaną, puree dyniowe do wszelakich zastosowań, dynia surowa oraz debiutująca u mnie pumpkin spiced latte.
Bardzo trudno mi było uwierzyć, że można dynię dodać do kawy. Ale liczne przepisy z internetu potwierdziły, iż owszem istotnie, dokładnie tak. No i właśnie spożywam prototyp. Ogólnie ok, ale przegięłam z goździkami. I ten ekstrakt waniliowy z M&S jakiś podejrzany jest.




wtorek, 9 października 2012

Taka prośba

Rozjechało mi się.
Stoję w miejscu. W rozkroku. Osiem mam nóg i każda stoi na innym rozwidleniu tego samego skrzyżowania. Tkwię w miejscu.
Chciałabym wierzyć, że to taka konserwacja na zimę. Ale chyba się zastałam. Za dobrze mi się zrobiło w trwaniu tu i teraz, za błogo... aż ogarnęło mnie lenistwo dobrobytu, bezruch, obrosłam w plany, zastałam się w bezpiecznym kątku i teraz nie mogę się ruszyć.
Kto mnie łaskawie kopnie w dupę z rozbiegu?
Bo mi tu gnuśnie i frustrująco, mam poczucie, że mnie coś omija, że prawdziwe życie toczy się za ścianką g-k. Słyszę je, widzę, czuję, czytam o nim. Zaczynam ciągle coś czytać, nic nie kończę.

Codziennie postanawiam, że dziś wezmę i zrobię tą listę rzeczy do zrobienia. Punkt 1. Zrobić listę rzeczy do zrobienia. Na przykład: Rozkręcę orbitreka i wyślę do serwisu. Udało mi się tylko główki śrub rozwiercić, żadna ani drgnęła, cholera. To już chyba tak zostanie. Odbiorę te zamówione fronty (planuję remoncik, a co). Jakoś mi nigdy nie po drodze na drugą stronę rzeki. Na jogę pójdę. Uuuups, znowu zapomniałam spodenek... Umówię się z koleżanką. Oj, nie zadzwoniłam, a już tak późno. Ugotuję coś pełnowartościowego. Ale jak się wczołguję do domu z zakupami, to już nie mam siły na gotowanie. Zdjęcia uporządkuję... dobra, nawet sobie nie przypominam jaką mam wymówkę w tej sprawie. Skończę serial. Znowu zasnęłam w ubraniu. Sprzedam chusty. Nie wiem za ile, nie pamiętam jak się nazywają, zdjęcia trzeba by porobić. Nie chce mi się. Remanent jesienny zrobię w szafie, bo lniane spodnie nie przydadzą się przed wielkanocą. Eeeee, raczej nie dziś. Zrobię ludziki kasztanowe. Dziecko woli grać w Mario, pfff. Zareklamuję rachunek za ogrzewanie. Nie mam przy sobie numeru. I tak mija dzień za dniem.
Byłby ktoś łaskawy? Proszę....

środa, 26 września 2012

Lęki

Naprawdę jest ciężko, gdy notka praktycznie ułożyła się już w głowie, a blogger się ładuje i ładuje... a czas leci, bo jest rano i trzeba biec na zakład wypełniać tabelki przy taśmie.
Ale ja nie o tym.
Dziecko ma lęki. Big time.
- Mamo, a jak pójdę do przedszkola i nikt nie będzie chciał się ze mną bawić, a panie będą tylko siedzieć na małych krzesełkach?
- A jak w przedszkolu nie będę mógł zasnąć bez mojej przytulanki?
- Weź mnie ze sobą do pracy. Zobaczysz jak będę cichutko siedział. Zapytam czy możemy iść do domu, a ty powiesz że jeszcze dwie godzinki i ja będę siedział cichutko przez dwie godzinki.
- Dlaczego panie mogą być cały dzień w przedszkolu a ty nie?
- Jak to muszę chodzić do przedszkola? po prostu mnie wypisz.
- Mamo, ja nie chcę iść do tego nieba?
- Ubieraj mnie elegancko i dbaj o mnie tak, żebym nie umarł.
- Zadzwoń do pracy i powiedz, że nie będziesz pracować, bo musisz zajmować się swoim małym synkiem.

Oprócz tego od kilku nocy sprawdzamy regularnie, czy są potwory w szafie, węże pod łóżkiem i pająki pod kołdrą.

Czyli Dziecko boi się samotności, śmierci i niektórych zwierząt. Ja już na półmetku jestem, a boję się dokładnie tych samych rzeczy. Jakoś trzeba nauczyć się z tym żyć.

I jeszcze:
- Nie opartę (czyt. oprę) głowy, bo mi się irokez zepsuje.
Czyli się jeszcze o urodę swoją boi. No wykapana mamusia. Ja dodatkowo boję się że mój ajfon się zepsuł na dobre i na nowego będę długo czekać oraz co gugiel z fejsem zrobią kiedyś ze mną w związku z tymi wszystkimi danymi, które mają na mój temat.

Co napisawszy, biegnę układać fryz, gdyż beztrosko opierałam głowę całą noc!

niedziela, 23 września 2012

Trzecia kawa

Niedzielny poranek. Przed chwilą. Leżę w wannie z kawą i czytam gazetę. Do łazienki wchodzi Dziecko.
- Mamo, co ty robisz?
- Czytam... - odpowiadam niepewnie.
- No co ty, oddaj tą gazetę, bo ją zmoczysz - mówi Dziecko i zabiera mi gazetę.
- Ale ja mam suche ręce.
- Może ci wpaść do wanny i się zniszczy.
- Będę uważać - próbuję się wytłumaczyć, ale mi nie idzie, bo nie wierzę że to się dzieje.
- Lepiej, żeby ta gazeta leżała na stole, na tym przy którym jedliśmy naleśniki. Położę ci ją tam.
- No weź, ja chcę czytać gazetę w wannie, oddaj mi ją.
- Nie - Dziecko położyło gazetę na stole od naleśników i stoi w drzwiach łazienki. Minę ma stanowczą. - To zrobimy tak, ta gazeta będzie czekać na stole, a ty w nagrodę będziesz mogła pobawić się Maurycym. To jak? Co wybierasz, gazetę czy Maurycego?
- Gazetę! - wołam z desperacją. I nadzieją.
- Nie lubisz Maurycego? - Maurycy to pluszowy kot, a w zasadzie sprana ruda pluszowa ściera, która kiedyś miała kształt kota. Ostatnio jest owinięty w różowy polarek. Nie wiem, dlaczego. Nie przepadam za nim, gdyż razi mnie jego wątpliwa estetyka. Po oczach i po nosie mnie razi.
- Lubię, ale teraz mam ochotę na czytanie gazety.
- Gazeta w wannie się zniszczy.
- No to co, jak się zniszczy. To jest moja gazeta. Oddaj mi ją.
- Jak wyjdziesz z wanny to sobie poczytasz.
Jezu, jak miałam ochotę krzyknąć "ty mała cholero, natychmiast przynieś tu moją gazetę, bo wyjdę z wanny i cię strzelę w tyłek!". Ale nie miałam siły. Zresztą nie wierzę, żeby podziałało.
- No dobra, to wychodzę, bo naprawdę chcę poczytać... - mówię zrezygnowana.
- No dobra - Dziecko niespodziewanie zmienia front. - Poczytaj sobie, a potem i tak ci pozwolę pobawić się Maurycym.
Dziecko wychodzi z łazienki, zostawia otwarte drzwi. Czekam osłupiała, ale Dziecko nie wraca.
W końcu wychodzę z wanny, wycieram się i idę do Dziecka, które testuje nowe kredki na nowej kanapie.
- Czemu nie przyniosłeś mi mojej gazety?
- Aaa! Bo zapomniałem. Wybaczysz mi?

I jak tu nie bić?

piątek, 21 września 2012

Jesień, panie, jesień

Gdzie się nie obejrzę tam ktoś ma doła. Bliscy mi ludzie, najbliżsi. Praca nie taka, za mało dzieci, za dużo lat, życie za prozaiczne, sukcesów za mało. Znaczy, jesień przyszła. Czas użalania się nad sobą, poczucia, że czas mija, a wszyscy kiedyś i tak umrzemy.
Dziecko się pyta o niebo dość często. Gdzie tam się robi kupę? Jak się mówi, gdy nie ma się ciała? Gdzie się mieszka? i czy na pewno się spotkamy? Czy chodzi się boso? Jak pozna mojego dziadka?
Mnie tym czasem mocno na ziemi trzymają problemy bardzo doczesne.
Znowu mam siedem nie rozpakowanych walizek.
Pranie jeszcze ogarniam, ale co robić z resztą rzeczy - tymi nie noszonymi na wyjeździe? skrzydełkami ze spajdermenem i pistoletami na wodę? kosmetyczką pełną miniaturowych kremów z krótkiego służbowego wyjazdu? torbą z materiałami konferencyjnymi? Nie ogarniam... a przede mną dwa kolejne wyjazdy. Na wpół rozpakowane torby ustawiam pod ścianą w sypialni.
Przedawkowuję kawę.
Znowu mnie ludzie zawodzą, a tak chciałabym móc komuś zaufać...
W pracy nie miałam dziś czasu zjeść lunchu, zrobić sobie kawy, wysikać się. A zapowiada się jeszcze więcej pracy.
Myję podłogę w łazience - w jednej ręce kanapka z pesto, w drugiej ściera, bo jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, a chciałabym na moment siąść przed wieczorem, może odpocząć.
Czy to możliwe, że przedwczoraj wróciłam z urlopu?




czwartek, 6 września 2012

Czas przeleciał między palcami...

Koniec czwartku, to prawie weekend, to wie każdy, kto zasuwa przy taśmie.
Po weekendzie czeka mnie maleńka delegacja i uwaga: WAKACJE! Czwarte w tym roku, a
taka jestem zmęczona, jakbym od pięciu lat z kamieniołomu nie wychodziła. O właśnie, Howard Roark mi się ostatnio przypomniał. Chyba sobie poczytam jakoś niedługo i umocnię w moim zdrowym egoizmie i uwielbieniu dla kapitalizmu.
Ale ja nie o tym. Bo ten tydzień to mi z bicza strzelił. Miałam ambitne plany oraz konkretne zadania do realizacji pod nieobecność Dziecka. Ćwiczyć miałam. Sprawy załatwiać.
Samochód umyć. Podtrzymywać kontakty towarzyskie. Podtrzymywać interes żeby się kręcił. Podtrzymywać stan porządku w domu. Podtrzymywać żywot moich kwiatów doniczkowych. Nic nie podtrzymałam.... jak tak pomyślę, co osiągnęłam w tym tygodniu, to jedyne co przychodzi mi do głowy to ... święty spokój.
I to w sumie jest duży sukces proszę państwa, bo mi świętego spokoju brakowało.
Aha, no i te nowe jeansy osiągnęłam.
Czyli brawo.
Ukłony.
PS wiem, że tydzień się de facto nie skończył. Ale już się poumawiałam na przesiadywanie w knajpach na kolejne dni, więc wpis będzie jak najbardziej aktualny w niedzielne popołudnie :-)

wtorek, 4 września 2012

Staczam się

Staczam się. Już dawno nie spędziłam weekendu w pozycji horyzontalnej. Tym razem owszem, tak.
Zaczęło się od zarwanej piątkowej nocy (sorry za durne wpisy na fejsie, powinni mi odbierać komórkę po 4 piwie...), której nie zdołałam odespać, bo moje słodkie Dzieciątko o 7.20 rozpoczęło weekend od zaspokajania swojej potrzeby skakania po mnie i zadawania 300 milionów pytań dlaczego.
Dobrze, że ukochana Siostra zadbała o moją dietę i dostarczyła mi potasu w postaci smażonych ziemniaczków (+1 kg), a następnie wywiozła na działkę, żebym wietrzyła się na trawie, a nie zionęła w zamkniętym pomieszczeniu. I autentycznie przeleżałam całą sobotę, najpierw w aucie, potem na leżaczku, pod kocykiem, pojadając paluszki z dipem serowym (+1 kg). Następnego dnia też leżałam i trochę czytałam. W ramach podnoszenia adrenaliny upiekłam ciasteczka dyniowe (+0,5kg).
Tydzień zaczęłam w związku z tym od odchudzania i od kupienia sobie na zachętę nowych jeansów. Tak, wiem, to nie ma sensu. Najpierw chudniesz, potem kupujesz nowe jeansy, żeby sprawdzić ile rozmiarów straciłaś. Ale u mnie odchudzanie oraz zakupy nie mogą mieć nic wspólnego z logiką, bo logicznie nie działają. Zawsze jak idę na dietę to tyję, a jak zaczynam jeść co chcę to chudnę. Zawsze jak idę na zakupy, to nic mi się nie podoba, a jak oszczędzam to kupuję i to co innego niż planowałam czy mi potrzebne. Więc poszłam kupić jeansy na chudnięcie, a potem przedawkowałam czerwone wytrawne z Sąsiadką. Dziś bym poleżała na trawie i coś zjadła. Błędne koło. Równia pochyła. Staczam się. Niech Dziecko już wróci:)

piątek, 31 sierpnia 2012

Co pije Google i co jedzą mole

Uwielbiam sprawdzać, na jakie keywordsy wyszukuje się blogasek.

kto ma 4 dzieci - powinno być kto nie chce mieć 4 dzieci, ale to kwestia semantyki
bilans zamknięcia, jak zrobić bilans zamknięcia - to jasne, ja ciąglę coś podsumowuję i zamykam, ktoś mi nawet powiedział, że moje posty są takie “ostateczne”
ile kosztuje drożdżówka - o drożdżówkach w osiedlowym sklepie pisałam coś z 2 lata temu, ale widać temat nadal żywy
katar wodnisty - jasna sprawa, choć nieaktualna, tfu tfu przez lewe ramię
wziął ją w ramiona - chciałabym!!
co można zrobić z pasternaku - really?? but how??
chińskie centrum między brnem a pragą - słowo daję, wujek googiel za dużo wczoraj wypił u szwagra na imieninach
Oraz absolutny przebój: mole, okres lęgowy moli, co na mole, eksterminacja moli bydgoszcz - znakiem tego, jakbym chciała na blogu zacząć zarabiać, to kierunek mam jasno wytyczony, a klientelę z Bydgoszczy zapewnioną :)

Klient nasz pan, więc w odpowiedzi na ewidentne oczekiwania czytelników, spieszę donieść, co u moich moli. A więc, dziękuję, mają się bardzo dobrze. Mieszkają w czyściutkich szafkach kuchennych, stale wyparzanych słoikach z kaszą, a nawet czasem trafi im się bombonierka z Krakowskiego Kredensu. Narzekać nie mogą. Uprzyjemniam im pobyt zapachem goździków i lawendy. Uwielbiają je wprost. Jak tylko któreś młode nauczy się latać, natychmiast biję mu brawo. Staram się nie schodzić poniżej 5 trafień na dobę, dzięki temu utrzymuję populację na zbilansowanym poziomie oraz w dobrej kondycji fizycznej.
Herbatę zieloną, kawę i inne produkty, którymi nie chcę się dzielić, trzymam w lodówce.
Mole nauczyły mnie, że na wiszących szafkach kuchennych znajduje się wiele skarbów i że warto tam zaglądać ze ścierą, a ja je nauczyłam, jak smaczna jest żurawina i że zdrowo codziennie jeść kaszę jaglaną. Symbioza!

Dzień blogera

Dziś dzień blogera. Czy dzień blogów. Wyczytałam to na wallu Lidla, więc to na pewno prawda. Wszystkiego Wam najlepszego, Drodzy Blogerzy, żeby Wam klikali i komentowali, polecali i lajkowali, a nawet żeby Was linkowali i cytowali.
I wydali Was drukiem za parę lat. Albo nakręcili film na podstawie Waszych historii.

O mnie powstanie telenowela, akcja obowiązkowo dziać się będzie w Caracas. Dramat za dramatem. Radość i rozpacz, Od skrajności w skrajność. Będę się jako główna bohaterka przetaczać po atłasowych narzutach na wielkich łożach i łkać. Całować namiętnie, policzkować, trzaskać drzwiami i wchodzić do kolejnych pomieszczeń, gdzie wszyscy będą zamierać na mój widok. Koniec odcinka.

Albo raczej taka saga jak Dom nad rozlewiskiem. Tylko że w bloku, ale z ambicjami apartamentowca. Blok nad autostradą. Czas spędzony na przemian przy garach w kuchni, przy kieliszku z winem na balkonie, przy wózku w Lidlu, na zbieraniu klocków, na rozmyślaniach o samotności, na krótkich chwilach niesamotności. Czas z Dzieckiem, z rodziną, z przyjaciółmi. Czas dojrzewania. Układania sobie w głowie tylko po to, by życie mi to rozwaliło. I apiat od nowa.

Myślę sobie ostatnio, po co mi ten blog. Rodzina go czyta, znajomi, koledzy z pracy. W sumie
i tak nic nie mogę napisać, żeby ktoś w realu się nie zaczał dopytywać o co mi właściwie chodziło. Więcej komentek do bloga mam przez telefon niż pod notkami. Blog, jak cała
reszta, też wymknął mi się spod kontroli. Ciągle jest dla mnie czym innym, ale zawsze
ciekawą przygodą. Dzięki niemu poznałam siebie, ale poznałam też wielu ciekawych ludzi. Z prawdziwym talentem, obdarzonych prawdziwą głęboką mądrością. Dzięki niemu przeczytałam wiele blogów opowiadających historie wspanialsze niż powieści.

A ostatnio przeczytałam wpis, który przepisałam sobie do notesu i który wkleję też tutaj, mam nadzieję, że się, Czekoladko, nie pogniewasz. Trafność Twoich słów powaliła mnie wielokrotnie, a ten fragment szczególnie dobrze oddał stan mojego ducha:
Wiem co to samotność nad ranem w pustym łóżku. Wiem co to samotny sobotni wieczór. Wiem co to znaczy jechać 400 km sama samochodem w strugach deszczu gdzieś na wakacje... Poznałam smak samotnych nie-rodzinnych świąt.
A jednak wolę samotność niż doszukiwanie się czegoś, czego nie ma. Wolę być sama niż być z kimś, kto nie liczy się z moimi uczuciami. Kto nie liczy się ze mną. Nie ma zresztą takiego obowiązku - truizm może - ale skoro ja nie liczę się sama ze sobą - to jak mogę wymagać tego od innych. Nie muszę przeglądać się w niczyim spojrzeniu, by wiedzieć kim jestem i jakim jestem człowiekiem. Nie muszę nic na siłę...


To ja za Was drodzy blogerzy wypiję dziś co tam będą dawać wieczorem, na zdrowie!

środa, 29 sierpnia 2012

Powiało chłodem

Lato się kończy. Wiem że jeszcze miesiąc, jeszcze jeden-dwa wyjazdy, jeszcze spódniczki i sandałki, skóra czasem zapiecze na słońcu. Ale noce już zimne, a drzewa się powoli żółcą. Głupia byłam i naiwna, że w czerwcu, lipcu wierzyłam, że lato będzie trwało wiecznie. Nic wiecznie nie trwa. Lato się kończy, jesień będzie krótka. Winter is coming.
Lato było dla mnie dobre i obfite. Poddałam się fali endorfin, wykreśliłam najbardziej prawdopodobny scenariusz i uwierzyłam w cud. Słyszałam co chciałam usłyszeć, nie zadałam wcześniej przygotowanych pytań i w sumie nadal niczego nie wiem i nie umiem, ale jakby mądrzejsza jestem.
Spróbuję pamiętać w zimne miesiące o tym, jak wspaniałe było to lato. Jak wysoko latałam.
I jak świadomie i w kontakcie z samą sobą przeżywałam powrót w dół, o przepraszam,
do normalności. Jak się cieszyłam życiem, także tą normalnością. Kawą z łomonosowa, chłodem parkietu w upalne dni, zapachem czystości w łazience, lawendową świecą na stole.
Wejdę sobie do mojego wyremontowanego pokoju, siądę na trawiastej kanapie i przywołam satysfakcję, jaką mam z przeprowadzonych zmian. Upewnię się, że są dobre.
Przytulę Dziecko, zrobię mu naleśnika i zjemy go na kocu na podłodze, powspominamy ciepłe weekendy, kiedy naleśniki jedliśmy na balkonie w naszym prywatnym Paryżu.
 Pójdę na jogę i odnajdę na 2 minuty równowagę w pozycji drzewa. Zawiążę się liną i zawisnę głową w dół. Powiszę tak długo, aż zapomnę gdzie góra, gdzie dół, aż odnajdę pion w sobie. Pójdę na tańcę i zapomnę o wszystkim, stanę się ruchem.
Włączę Linikin Park i przypomnę sobie koncerty, na których byłam w tym roku, było ich wyjątkowo dużo.
Otworzę wino, włożę na nóżkę kieliszka jeden z pięknych wisiorów własnej roboty i wcisnę play w ajfonie. Zachwycę się czytaną czy słuchaną historią, odnajdę w niej fragmenty mojego życia opowiedziane piękniej niż kiedykolwiek będę potrafiła.
Zbliża się koniec lata, więc wkładam w weki moje wspomnienia, zapachy, uczucia, ekstazy, obrazy. Robiąc mentalne przetwory, będę budzić w sobie ciekawość, co przyniesie mi jesień, oprócz spadających liści i cen nieruchomości. Zastawię nimi całą piwnicę i wszystkie wolne półki w kuchni, bo mam tak wiele dobrych rzeczy, o których chcę pamiętać i które chcę doceniać. Będę potem karmić nimi moją intuicję, potrzebę zabawy, pogoń za szczęściem, siłę by DAWAĆ RADĘ.
Najlepsze jest to, że do robienia mentalnych zapasów na zimę nie trzeba wyparzać słoików :)

środa, 22 sierpnia 2012

Kawy

Dziecko zaprosiło wczoraj kolegę na nocowanie. Zgodziłyśmy się (obie mamy) licząc, że
się zaraz sami wycofają z durnego pomysłu. Nie wycofali się... ostatecznie kolega został wyniesiony przez swojego tatę już prawie śpiący z mojego łóżka, a ja padłam jak stałam i zasnęłam. Obudziłam się przed 4. Jak wiadomo godziny przed świtem to okres lęgowy durnych myśli, lęków i stresów. Na dodatek miałam durny sen - kupowałam samochód. W środku był jakiś taki wielki, a fotelik Dziecka po zamontowaniu prawie wisiał mi nad głową. Jednak z zewnątrz był malutki, miał dach poniżej mojego pasa. Sprzedawczyni wzięła go po prostu pod pachę i zaniosła do kasy... Obudziłam się zdenerwowana, że tak durnie wydałam kasę na badziewie.
Włączyłam audiobooka, żeby odegnać smutki i przenieść się w czyjeś życie. Historia kobiety, która wybiera życie zgodne ze swoimi wartościami, w pełni świadoma tego, że w konsekwencji utraci ukochanego. Decyduje się na życie bez niego, zachowując integralność. (Kurcze, zawsze mi brakuje dobrego odpowiednika angielskiego integrity.)
Popłakałam sobie pod koniec opowieści. Uroniłam ostatnio łzy nad filmem, książką, muzyką
i blogiem. Słowa piosenki "Slow down, take your time ,it will be alright" najpierw dały mi pocieszenie, ale gdy się wsłuchałam w kolejny wers "if you take it on the science" znów poczułam beznadzieję ... nie da się ogarnąć rozumem, przecież to mi się w duszy nawet nie mieści. Czyli nie będzie alright? Opłakałam historie innych kobiet w których widziałam strzępki swojego życia... Na swoim życiem płakać nie będę. Będę je lubić.
Za to dziś mam wymówkę, by wypić 3 kawy, albo nawet 4.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Imany

Byłam wczoraj z Dzieckiem w empiku. Przeglądamy sobie różne rzeczy. Zainteresowała
mnie płyta z kubańskim jazzem, ale nie było jej dostępnej na komputerze do odsłuchów. Natomiast na półeczce pod ekranem ktoś zostawił niepozorną beżową płytę ze zdjęciem pięknej czarnoskórej kobiety, której twarz ani imię nic mi nie mówiły. Już po pierwszych taktach pierwszego utworu wiedziałam, że to nie był przypadek. Tego mi trzeba, głosu jak mocna kawa, słów trafiających do serca i dźwięków wpadających w ucho. Jeszcze z dwa dni i będę całość wyła stojąc w korkach. Żeby rana się mogła zaleczyć, trzeba ją oczyścić.
You will never know.
I will never show. What I feel.
What I need from you.
Slow down, take your time, it will be allright.
You’re not the only one, the door is shut but so is your mind.
Aha. Chodzi o Imany.

niedziela, 19 sierpnia 2012

Poranna kawa

Z prognozy pogody wynika że właśnie zaczyna się ostatni upalny tydzień tego lata. Kiedy lato się zaczynało, czyli w maju, wydawało mi się, że będzie bardzo długie, że mam przed sobą niezliczone nocne spacery i lodowate drinki. Czas jest jednak nieubłagany i zleciało jak z bicza. Dzisiejszy poranek też... nie śpię już od półtorej godziny, a dopiero teraz otworzyłam bloga. Z kawą w obowiązkowym już łomonosowie (chyba to oznaka wieku, coraz więcej przyczepia się do mnie rytuałów i ulubionych przedmiotów), z lawendową świeczką, pod kocykiem z oszukanej nepalskiej wełny.
Może to zasługa rześkiego porannego powietrza, może Jamiego Woona, ale chyba wychodzę z doła. W sumie było do przewidzenia, że się skończy, jak i to że przyjdzie następny. Co ciekawe powody mojego doła nadal trwają i nadal mnie bolą, ale dziś wiem, że DAM RADĘ na pewno. To zasługa przyjaciół. Znowu się potwierdziło, jakich mam cudownych ludzi wokół siebie. Kilka rozmów, różnych spojrzeń, także rad i słów stawiających do pionu, pewne ilości alkoholu, no i terapia arbuzem. Pomogło. Dziękuję!!
Na zakończenie doła chciałam się wypłakać przy rzewnym filmie. Nie znalazłam w kinach nic ciekawego, na płytach też, o telewizorze zapomniałam, a inne źródła filmów stanowią dla mnie nadal tajemnicę, skończyło się tym, że grałam z Dzieckiem w memo i bardzo się starałam za często nie wygrywać. Popłaczę przy następnym dole...
Miłego dnia wszystkim!

piątek, 17 sierpnia 2012

Don't drink and post....


Balkon, przyjaciółka, kocyk, wino. Strasznie sie pogubiłam, wraca moje dawne, niestety sprzed półtora roku, poczucie utraty kontroli. Potrzeba kontroli nie jest podobno prawdziwą potrzebą. Chodzi chyba o bezpieczeństwo i sprawczość. Wolę myśleć, że o miłość i wspólne przeżywanie (ajfon poprawia na przesuwanie, tez pasuje) życia.
Do tego stopnia sie zgubilam, że zdałam sie na innych, na ich historie, ale tez rady. Nawet na Iching. Nic nie zrozumiałam z mieszanki tych odpowiedzi, więc postapilam po swojemu, ulegając egoistycznym pobudkom, przyziemnym, nieracjonalnym... W pogoni za przyjemnością chwili.
I co z tego mam? Kolejne pytania bez odpowiedzi... Mój ból jest czyjąś normalnoscią... Nie, to nie tak. Sama tego chciałam, z tym się liczyłam, o to kiedyś nie dbałam. Ryzykowałam, wmawiałam sobie, że i tak warto latać 30 cm nad powierzchnią ziemi, że dla tego uczucia warto kiedyś będzie przeżywać upadek. Łatwo nie dbać o spadanie, gdy jest się na górze. Dać się ponieść chwili, słowom, wyobrazić sobie co znaczą... Nie wiedząc niczego na pewno. You know nothing, Jon Snow. Mam tyle lat, a wciąż wpadam w te same schematy. Muszę się wzmocnić, zakuć w zbroję egoizmu, inaczej nie dam rady. A o to przecież chodzi.
Piszę te słowa ze studni rozterek, a jednocześnie z pełna świadomością, że mam byc za co wdzieczna.
Odczyt z mentalnego alkometra: 1,2 butelki.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Kto ma dzieci ten ma smród, kto ma arbuza ten ma miód

Zainspirowana przez przyjaciółkę postanowiłam zrobić przetwory. W zasadzie to przetwór, a dokładniej to to. Spędziłam całe popołudnie krojąc arbuza, wydłubując pestki, przecierając, przelewając przez sitka o coraz mniejszych oczkach, a na końcu przez gazę.
Okazało się, że po tych zabiegach znika z arbuza czerwoność, a zostaje żółtawa woda. Po przepisowych 2 godzinach gotowania nadal nie przypominało miodu tylko w najlepszym wypadku słodką wodę. Przy okazji mam przecier arbuzowy i sok z arbuza w lodówce. Arbuz obowiązkowym dodatkiem do kaszy, płatków, kanapki i drinka. Podsumowując z 5 litrów przefiltrowanego soku zostało mi 400 ml ulepku o mocno arbuzowym aromacie. W kolorze miodu. Teraz nie wiem jak to zjeść i z czym. Ale chwilowo nie mam ochoty na arbuza. Po odparowywaniu go przez dobę mam całe mieszkanie w zapachu arbuza, w pracy czułam jego zapach na rękach...
Ten przetwór to taka moja odskocznia od myślenia. Terapia arbuzem.
Właśnie sobie zdałam dziś sprawę rozmawiając z koleżanką, że przez ostatni rok przeczytałam pięć tomów Gry o tron, bo była to moja okazja by uciec do innego świata, świata gdzie mnie nie ma, gdzie nie ma moich problemów, moich myśli i lęków. Świata gdzie żyję sprawami innych i nikomu nie mogę zrobić krzywdy. Siebie nie skrzywdzę. Teraz znowu uciekam. W tego arbuza, ale też w historie innych ludzi. Podświadomie szukam w nich odpowiedzi, podpowiedzi, jakiejś wróżby dla mnie. Niech jakaś siła podejmie za mnie decyzję. A skoro ja nie mam siły na tą decyzję, to uciekam w czytanie historii odległych w czasie i miejscu.

piątek, 10 sierpnia 2012

Sio, króliczku, do dziury

Jest chłodno ale i tak pije moje wieczorne wino na balkonie. Kupiłam w ubiegłym tygodniu stolik dzięki któremu mój balkon nabrał charakteru paryskiej uliczki. A ten widok...lepszy niż w Paryżu.
Doswiadczam w tym tygodniu przełomu. Po pierwsze z tą jogą. Dzis zrobiłam świecę, bez żadnych pomocy. Poczułam, ze dam rade i dałam, wyszła bardzo dobrze.
Poza tym, odkryłam ze strata jest stratą, gdy tak ją nazwiemy. Straciłam w ostatnim czasie zaufanie do dwóch osób. Dzis myślę, ze tak sie stało, bo ufalam i to wbrew wszelkiej logice. Powinnam ufać i wierzyć w siebie, a innych brać tylko za tych kim są, za nikogo wiecej. Nie projektować, nie zakładać za nikogo, widzieć fakty, a nawet faktom nie dać sie zwodzić. Brać chwile, które mi dają i skupiać sie na tym, co ja wtedy czuję. I kropka. Bo to nie inni mnie ranią, sama sobie to robię naiwnie i latwowiernie wciąż goniąc króliczka.
Dzięki ;)

czwartek, 9 sierpnia 2012

Moja prywatna magia

Miałam napisać coś innego, ale co tam, napiszę jednak co mi tam w duszy gra... a w ogóle to ostatnio nie wyrabiam z tym blogiem, bo mam szmyrgla na punkcie porządku w domu. Zrobiłam sobie porządki po remoncie, wywaliłam pińdziesiąt ton towarów, głównie wątpliwych ozdób, gazet i słoików. I jeszcze inne różne rzeczy, ale nie mogę napisać co, bo może M czyta.
I potem nie było jakoś Dziecka na stanie i się okazało, że stan czystości utrzymuje mi się względnie prosto, wystarczy ścierą przejechać po śniadaniu przed udaniem się na zakład i jakoś to się kręci. Potem Dziecko powróciło na łono, a porządek jak był tak jest. Ale dbam o niego, znaczy wieczorem zbieram rozwłóczone szpargały, a rano to tą ścierą obowiązkowo. Nawet miałam poczucie, że robię sobię przyjemność, jak kupowałam nowe końcówki do mopa przez internet... no dobra ale miało być o magii a nie o kolejnej mojej nieszkodliwej obsesji.
No więc z tą magią ... jakby to powiedzieć... są takie rzeczy co mi się zdarzają w najodpowiedniejszych momentach po prostu. Wręcz muszę uważać, o co proszę. Na ten przykład jak nad morzem będąc zapragnęłam dzikiej przygody, to tego samego wieczora (w zasadzie nocy) spotkałam dzika z młodymi w lesie. Na poważnie, czasem po prostu wiem, że teraz jest taki moment, że jeśli poproszę, to dostanę. I buch, jest.
Przychodzą też takie chwile, że mówię sobie, odpuściłam to, nie rusza mnie, płyniemy równoległymi strumieniami i na każde z nas świeci słońce i wtedy nagle te strumienie się przecinają, łączą na trochę. Jasno się tłumaczę? nie jestem pewna....
Pomijam już te magiczne rzeczy co mi się trafiają, mimo że o nie nie prosiłam, ale jak już przychodzą, to okazuje się że właśnie były mi najbardziej na świecie potrzebne. No wiecie, coś przeczytam co mi się wklei, ktoś coś powie mądrego, zobaczę coś w odpowiednim kolorze i czary mary, mój świat staje się lepszy.
No i jeszcze coś takiego, że jak o jakiejś sprawie powiem głośno, czy też bądź napiszę na blogu... to ja już wypowiadając bądź też pisząc wiem, że to jest zaklęcie i że właśnie zmieniam rzeczywistość słowem.
A skąd to wszystko?
No bo dopiero co pisałam o niewyobrażalnym ciężarze mojego dupska, a tu wczoraj na jodze stanęłam na rękach i jeszcze świecę zrobiłam z takiego przewrotu.
No i jeszcze dziś mi Mama mówi o wyjeździe do Włoch, a tu akurat dziś promocja na Ryanair. I co? I już mam bilet i lecę niedługo, sialala.
I jeszcze z tym strumieniem, też dziś, ale nie wiem jak to napisać. Dziś poczułam akceptację oddzielności strumieni, a te strumienie się właśnie dziś przecięły. Coś w tym stylu. No.

czwartek, 2 sierpnia 2012

Skręcony drut

Zdarzyło się Wam kiedyś przepłakać całą noc? Mnie tak, na szczęście nie ostatnio. Ale dziś mam właśnie takie uczucie jakbym ostatnią noc przepłakała. Co nie jest absolutnie prawdą, gdyż ostatnią noc przespałam jak dziecko z poczuciem dobrze zagospodarowanego wieczoru - wykonałam do spółki z Sis 25 artystycznych zawieszek na kieliszki do wina, przy czym ja byłam od zawijania druta, a Sis od działań artystycznych.
No. Ale wracając. No więc taki piasek pod oczami i lekkie uczucie zakręcenia w głowie oraz beznadziei. Dziura pomiędzy piersiami.
W sumie się domyślam dlaczego, ale nie chcę o tym mówić.
Więc dobrze się składa, że spędziłam wieczór przed TV. Normalnie z miesiąc gadające pudło nie było włączane. Od meczu jakiegoś w piłkę nożną z okazji Euro, chyba 1 lipca. A dziś urządziłam sobie prawdziwą zamułę. Na ekranie rodzina Gallagherów tapla się w patologicznym błotku, a w mojej głowie kłębią się myśli o relacjach. Że to tak cudnie poznać teorie komunikowania się bez przemocy oraz zawrzeć ze sobą cztery umowy lub ostatecznie pieprzyć to wszystko, zależności od wybranej filozofii. Ale w gruncie rzeczy cztery kroki i cztery umowy pozostają podręcznikową teorią, którą można tapetować ściany, gdy się dana osoba komunikować nie chce. Znaczy ta druga osoba ze mną. Na przykład, zamilknie, zniknie, nie odbierze telefonu lub powie, że nie chcę o tym rozmawiać.
To ja po tych moich kursach nadal nie wiem, co zrobić.
Może drut poskręcam w sprężynkę. I włączę jeszcze jeden odcinek. I ogólnie, pieprzyć to.

wtorek, 31 lipca 2012

Heloł, nie wiem gdzie jestem

Po urlopie jestem. I nadal zjeżdżam. Bo wysoko byłam. Dobrze, że zjeżdżam, a nie spadam, heh. Nastąpił pourlopowy reality check na licznych frontach. Zawiedzione zaufanie, nadwyrężona przyjaźn, znów za dużo nadziei, niestety również za dużo kalorii, oraz spadająca wartość nieruchomości.
Ale co tam, zjeżdżam, ale siedzę wygodnie przynajmniej :)
Kiedyś usłyszałam i chyba się z tym zgadzam, że aby się rozwinąć, trzeba przejść ze strefy komfortu do strefy ryzyka i iść dalej, by otrzeć się o panikę. I to właśnie usiłowałam zrobić na zajęciach jogi. Moja strefa paniki zaczyna się w momencie, gdy mam przerzucić nogi za/nad głowę, na przykład do pozycji pługa, świecy, stania na głowie czy rękach. No po prostu nie idzie. Jakby ta ściana co ją mam przed sobą nagle się przechylała i parła mi na tyłek gniotąc go do ziemi - tak to wygląda w mojej głowie. No nie przerzucę tego tyłka, mur beton, no. Natomiast bardzo lubię wisieć z głową w dół zawieszona na linie przy drabince z dyndającymi włosami i rękami. Nawet bym się mogła zdrzemnąć w takiej pozycji.
Piszę to i tak myślę, że może jednak nie zjeżdżam. Że może jednak wiszę, tylko czasem się gubię gdzie jest dół a gdzie góra? Że może przez cały czas się unoszę, a włosy mi dyndają? A od czasu do czasu jakaś sprawa czy osoba mnie wciąga w swoje pole grawitacyjne i wtedy mi się wydaje że spadam? Lub że lecę w górę? Szkoda że tak nie jest z tymi cenami mieszkań. One spadają, tak naprawdę. Fuck.

wtorek, 17 lipca 2012

Zjazd z endorfinowego haja

Myślę ostatnio trochę o miłości. Czy wszyscy takie ćmy są czy tylko ja? że się tak pcham, gdzie parzy i jeszcze się dziwię... sobie się dziwię.
No myślę tak ostatnio, bo po pierwsze odkryłam jakiś czas temu, że mam rozbudowaną bardzo potrzebę miłości. I oczywiście pierwsze skojarzenie mam takie, że jak już się zakocham, to reszta pójdzie jak z płatka, znaczy frank poleci na łeb na szyję, Dziecko stanie się grzeczną panienką, załatają dziury w drogach, schudnę i wymłodnieję, a na świecie zapanuje pokój. Potem przychodzi drugie skojarzenie, ze heloł, cośtam już o sobie i życiu wiem i to tak wcale nie działa. Ale fajnie było tak przez ułamek sekundy pławić się w tym pierwszym skojarzeniu. Więc urealniam swoje oczekiwania, co nie znaczy, że eliminuję zupełnie opcję przejechania się i wylądowania na dupsku z ręką w nocniku. Sorry, taki lajf, im wyżej latasz tym mocniej się obijesz spadając. Ale wiecie, co? i tak warto. 
A potem trafiam na taki tekst co trochę jest zimnym prysznicem na moje romantyczne i poetyckie serce, ale jednocześnie współgra z tym moim drugim urealnionym skojarzeniem. Strasznie mi odpowiada stwierdzenie "Zamiast bezustannie czekać i tęsknić po prostu żyj." 
Ale.. jak już pojawia się ktoś do rzeczy, to co dalej? Pielęgnować czy odpuścić? Czekać czy działać? Pytać czy obserwować?
Tyle lat już żyję, więc czemu ja ciągle nic nie wiem...>To taki przedurlopowy blues...

wtorek, 10 lipca 2012

Cywilizacja niedoboru

Siedzę na balkonie, z laptopkiem blue, winem i widokiem. Siedzę, oglądam serial, popijam wino i doceniam. Doceniam swoje życie. Siedzę i pławię się w jego jasnych stronach. Jego ciemne strony mnie nie interesują. Pławię się w nowej krótszej fryzurze, tańszym paliwie, ciepłym lecie. Patrzę na mrugające miasto i cieszę się na cichy wieczór, przespaną noc i czystą podłogę.
Miałam napisać o tym, jak spaprał mi się weekend, jak w sobotę rano płynnie przeszłam od kaca do mycia obsranej podłogi (nie moje dziecko!), następnie obrzyganej podłogi (sześć razy - moje Dziecko), następnie nocy w szpitalu bez papieru toaletowego i z Dzieckiem podłączonym do kroplówki. Ale jakoś mi się nie chce, bo jelitówka minęła, zmyłam siebie szpitalną lepkość pod prysznicem, wyprażyłam się w słońcu, obejrzałam grad, pioruny i tęczę z suchego ganku i zza chmur wyszło słońce.
Mam spokój.
Chciałabym nim obdzielić moich bliskich. Tych którzy martwią się na zapas, którzy koncentrują się na tym czego nie mają. Każdy czegoś nie ma. Powiem więcej, każdy nie ma więcej, niż ma. Kiedy to sobie zrobiliśmy? Kiedy zaczęliśmy się koncentrować na niedoborach? Lekarze mówią, co nam dolega, a nie co mamy zdrowe. Nauczyciele mówią naszym dzieciom, czego nie umieją, a nie w czym są dobre. Jesteś kiepski z matematyki, będziemy cię uczyć matematyki. Co z tego że jesteś dobry z biologii i piszesz wiersze. Będziemy cię uczyć matematyki. Co z tego, że kocham swoją pracę i swoich przyjaciół, skoro nie mam męża. Będę szukać męża, tym się właśnie będę zajmować. Ja mówię nie. Ja się będę pławić. Siedzieć i pławić. I tylko troszeczkę się boję, że mi przejdzie...

poniedziałek, 2 lipca 2012

Walka o sypialnię

Mieszkanie bez faceta nie jest takie złe. Plecy myją mi goście, a bransoletek nie noszę. Jak ktoś mi w końcu jakąś zapnie, to chodzę w niej do czasu napotkania kolejnej litościwej duszy o zwinnych palcach. Dzis gdy Dziecko zasnęło w swoim łóżku, zakończylam rytualny obchod wlosci i z napoczetym piwkiem udalam sie do sypialni, by po prostu poleżeć i poczytać. Już sie kladlam gdy nagle usłyszałam lopot skrzydeł o niedomkniete okno. Ćma!!! pomyślałam i tygrysim skokiem rzucilam sie na klamkę. Udało sie ... prawie. Nagle zostałam w stosunkowo niewielkim pomieszczeniu sam na sam z ćmą wielkości wrobla, walacą skrzydłami po wszystkim i chcącą mnie pozrec. Cmy to ze mną robią. Sprawiają ze sie kule i włącza mi sie odruch ucieczki. No przestraszne są i już. Normalnie bym sobie spanikowala i schowała sie pod lazienkowy dywanik do czasu pokonania potwora przez mojego rycerza. Jako jednak ze rycerza nie posiadam (i nigdy nie miałam) to sie wzięłam do kupy, zalozylam okulary (cma sie od tego nie zmniejszyła, za to zobaczyłam w pełnej ostrosci jej pazury i zebiska) i uzbroilam sie w różowa podkoszulke gdyż akurat leżała pod ręka. Cma sprytnie chowała sie w kloszu pod sufitem. Mi dzielnosci wystarczało tylko na machanie koszulka w stronę tegoż. Gdy tylko wylatywala, oczywiście natychmiast zaczynała pikowac wprost w moje oczy, a ja co tu dużo mówić, zwiewalam chroniąc sie pod różowym. Ostatecznie szale zwycięstwa przechylila moja kondycja i tu po raz pierwszy oplacily sie te brzuszki co to je cwicze już od kwartału. Bo cma przestała wyrabiać, osłabła lub może to ja w szale bitewnym doswiadczylam slow motion, ale nagle dostrzeglam ze szybuje a nie pikuje i to w odwrotna stronę. Wtedy ja dopadlam, powalilam na podłogę i zatluklam na zmianę różowa bluzeczka i klapkiem. Tym samym zestawem usunelam truchlo za okno.
A teraz w końcu pije to piwo i tak myśle, ze waleczny facet to niezły deal, ale i tak mam radoche ze znowu dałam radę!

wtorek, 26 czerwca 2012

W pępku

Myślę już od jakiegoś czasu, jak napisać to co czuję, żeby nie wyjść na nawiedzoną i egoistyczną wariatkę. Może po prostu opowiem, co mi się zdarza. Nie zdarzyło, tylko zdarza. Spotykam fajnych ludzi. Jak z kimś rozmawiam szczerze, to dostaję szczerość. Wracają znajomi z przeszłości i odkrywają przede mna nieznane mi dotąd ja. Odpowiadają na pytania. Nawiązujemy relację. Na przykład zobaczyłam w niedzielę na półce książkę i tak sobie przypomniałam jak ją kupiłam w Pasadenie z 9 lat temu, bo taki Michael mi ją polecił. A w poniedziałek siedzę sobie przy taśmie na zakładzie, a tu na Skypie przychodzi wiadomość ... od Michaela wysłana do mnie ... przez przypadek. Miał wysłać do żony, że niania chora, ale mu się NIECHCĄCY kliknęło na mnie. I sobie pogadaliśmy i pośmialiśmy się. I takich rzeczy dzieje się masa od dłuższego czasu. Zamarzam sobie dodatki w kolorze limonki i nagle w ikei rzucają takie drzwiczki do szafek limonkowe. Potrzebuję trochę czasu dla siebie i nagle Dziecko mi mówi, że nie wraca z wakacji, chociaż tęskni do prosi żeby mogło zostać. Potrzebuję towarzystwa, ktoś fajny puka do mnie na czacie. Potrzebuję sukcesu, wygrywam konkurs.  Potrzebuję czułości, ktoś mnie przytula. Potrzebuję zrozumienia i się dogaduję z M w sprawie, która mnie ściskała w gardle od paru tygodni. Potrzebuję się pośmiać i pan w serwisie ajfonowym mnie rozśmiesza. Normalnie potrzebuję i dostaję. Aż strach prosić. Więc chyba powiem, że wszechświat się mną opiekuje. A jak sobie pomyślę, przed iloma rzeczami mnie obronił, a ja nawet o tym nie wiem, to mnie ciarki normalnie przechodzą...

czwartek, 21 czerwca 2012

Poranek z Marylin

Tyle rzeczy nie wiedziałam o Marylin. Że pięknie pisała, że została zdradzona... że 68 lat temu myślała tak jak ja rok temu...

...i discovered and knew he had spent the evening and most of the morning hours with the other women to be prosaic and I thanked God I had waylaid him on the beach to protest my undying love - rejection I could endure but making a fool of myself even if he had been sincere in his love my pride could not take, also the fact that I was so foolishly loyal and that  I did not have a chance to wound him in some childish fashion was another blow to my as yet unsteady ego - I now would like a chance at a third act - the unsuspecting male and the vengeful female, but now I’m only fooling myself if I do get my last act i will portray the heroine who bravely suffers tucking in all away to use as barge some now unknown man.


Czy to możliwe, że wszystko się już zdarzyło i że nasze życie to zlepek powtórek i urywków?

wtorek, 19 czerwca 2012

SM Remont

Zaczynam remont. Gruz sypie sie ze ścian prawdopodobnie już teraz, gdy ja stoję w korku i piszę te słowa... Wczoraj wyniosłam osobiście wszystko z przedmiotowego pokoju, z wyjątkiem giga kanapy i mega biurka. Szczególnie jestem dumna z rozplątania kablowiska zza telewizora oraz faktu ze ten ostatni mi nie spadł podczas transportu. Wyniosłam kontener rzeczy M i postanowiłam, że one już nie wracają. Wprawilo mnie to w stan dumy i nawet trochę euforii. Oraz przyprawiło o atak kaszlu.
Zauważam, że do każdej kolejnej odsłony dramatu pt. Remont jestem coraz lepiej przygotowana. Nie tylko wysprzątałam front robót i zaplanowałam rozmieszczenie gniazdek i punktów światła, ale także pozbyłam się z domu Dziecka. Dziecko na zielonej trawce pod opieką ojca biologicznego, to dwie stresogenne istoty mniej niż przy poprzednich remontach. Uważam że tym razem wytrzymam tydzień bez załamania nerwowego, a nie tak jak dotychczas 3 godziny...

czwartek, 14 czerwca 2012

Serce matki

Są zawodowi kierowcy, ale większość amatorów też radzi sobie świetnie. Są wybitni kucharze, co piszą książki i mieszają truskawki z wołowiną nadając im francuskie nazwy, co nie znaczy że pierogi ruskie w wykonaniu lokalnej garmażerii znacząco odstają. Są w końcu specjalistki (to nie seksizm, większość to baby) od wychowywania dzieci, komunikowania bez przemocy, Liedloff, Waldorfa, Montessori i języka żyrafy, ale chciałabym napisać, że serce matki jest najlepszym drogowskazem i nawet te matki-amatorki, co nie czytają o nowych trendach w macierzyństwie dają radę, tak jak z pierogami, dojazdem do przedszkola, tak i z własnym bachorem.
Bardzo bym chciała, ale nie mogę :(
Dziecko było wczoraj w szpitalu na operacji przepukliny. Szpital prywatny, sala na 3 łóżka, chirurgia jednego dnia, same proste zabiegi, ale jednak w pełnej narkozie. Trzej chłopcy (Dziecko, Gabi i Mati) w odstępach pół godziny wracają z operacyjnej i zaczynają się wybudzać. Pierwsze jest Dziecko. Budzi się, popłakuje, utulam, po jakimś czasie usypia. Mati jeszcze się nie obudził, za to Gabi, lat na oko 3, zaczyna pojękiwać i marudzić. Jego matka daje popis troski o dzieci, szkoda że nie swoje:
"Nie płacz, inne dzieci jeszcze śpią i obudzisz."
"Czemu tak płaczesz? Boli cię? Nie kłam, dostałeś lekarstwo i nic nie boli, nie ładnie tak kłamać."
"Uspokój się, bo będzie kara."
"Jak będziesz tak płakać, to sobie pójdę i zostaniesz tu sam."
Jak można się domyślić, każdy tekst matki zwiększa histerię dziecka, które zanosi się coraz głośniej i faktycznie budzi Matiego. Matka Matiego wkracza do akcji.
"No i czemu się tak drzesz? Obudziłeś Matiego! zaraz zadzwonię do wujka Mietka, żeby przyjechał i Cię zabrał. Wujek Mietek będzie bardzo zły."
Nieśmiało się wtrącam, że może on jest wystraszony i trzeba by go trochę przytulić.
Słyszę tylko "Nie, on ma taki trudny charakter, robi to złośliwie."
Mały Gabi w końcu się poddaje i przestaje skarżyć na swój los. Nawet wraca mu humor i razem z Matim szybko wracają do formy, również fizycznej. Ich trudne charaktery nie zostały jeszcze złamane, bo dokazują i urządzają wyścigi autek po sali. Chcieliby włączyć do zabawy swoje mamy, ale te zajęte są sobą i reagują tylko, gdy któryś z chłopców krzyknie, co malcy oczywiście zaczynają wykorzystywać...

Moje Dziecko pocięte trochę głębiej, przespało ten wychowawczy horror. Ale ja do dziś nie mogę się otrząsnąć z faktu, że w takim miejscu jak szpital, dwóch wystraszonych i obolałych chłopców słyszało od swoich mam tylko groźby. Nie mogę uwierzyć, że te dwie durne kwoki bardziej zatroszczyły się o sen Dziecka i moje zdanie o nich, niż o swoje maluchy. Jakoś do tej pory naiwnie wierzyłam w kochające i czułe serce matki. Wczoraj te okrutne idiotki udowodniły, że nie każda kobieta umie być dobrą matką dla swojego dziecka.

Nastoletnia cudowność

Żyję ostatnio tak intensywnie, że gdy nagle nadeszły dni bezczynności (jestem w połowie pierwszego) to mnie nosi. Brakuje mi ludzi. Przyzwyczaiłam się gadać, ciągle z kimś rozmawiam, czasem prowadzę dwie rozmowy równolegle, np. jedną na Skypie. Uzależniłam się od kontaktu z innymi do tego stopnia, że jadąc dwa dni temu w trasę wzięłam autostopowiczów. Wiem, że teoretycznie niebezpieczne, mogli być pijani i mieć noże, oskubać mnie z gotówki lub gorzej. Ale tak mi się chciało posłuchać.... No i zabrałam dwoje licealistów i się kurczę zachwyciłam. Jacy piękni, niepomarszczeni, naiwni niewinnością, gotowi na życie, chętni. Jakie bzdury gadają i jak mocno w nie wierzą! Jacy się sobie doświadczeni i elokwentni wydają. Dokładnie taka sama byłam :) Cudowny okres gdy ma się marzenia i wszystko może się jeszcze zdarzyć, bo każdy scenariusz jest możliwy. Cudowna lekkość życia bez bagażu, w złudnym poczuciu, że już się upiło, kochało, napisało wiersz, przeczytało u Goethego i zobaczyło u Almodovara, więc się wie o co kaman na tej planecie. Piotr i Karolina, cudowne istoty, które chce dobrze zapamiętać i wspominać zawsze, gdy znajdę się na równi pochyłej w stronę Zgorzknienia.

wtorek, 5 czerwca 2012

Turystka

Wyruszylam w drogę i mam w sobie ciekawość turysty. Rozglądam sie i patrzę uważnie. A ostatnie dni szczególnie obfitują w nowe zachwyty, odkrycia i widoki. Robię mentalne fotki i kupuję wirtualne pamiątki.
Po pierwsze przeszłam przez Podatność na Sugestię i tam kupiłam sobie bilet na planetę F**k it.
Na tej planecie się uzależniłam od pieprzenia, totalnie. Co gorsze moje uzależnienie jest zaraźliwe, więc uwaga, ostrzegam lojalnie.
Potem zawitałam na dłuższą chwilę do Krainy Disney'a, gdzie dobro i miłość zawsze zwyciężają, a mężczyźni umieją obsługiwać pralkę. Pięknie tam było. Zostałam na moment i wiem, że jakby co, to mogę wrócić. Jednak czuję że moja podróż zapowiada się na tyle ciekawie, że lecę dalej. Szerokim łukiem omijam Naiwność, byłam tam już tyle razy, że znam każdą dziurę w ulicach. Co parę dni wpadam do domu na kieliszek wina, lub cztery, ale generalnie jestem w drodze. Właśnie wracam z Inspiracji. Normalnie niesamowite miejsce, gdzie to co robię i mówię podoba się ludziom i chcą coś sobie ode mnie wziąć, wcale przy tym nie są skąpi i rewanżują się z nawiązką. Moją stałą stacją przesiadkową jest Empatia. Zauważyłam, że dobrze jest zaczepiać ludzi na tym peronie. Mam już stałych przyjaciół, piszemy do siebie kartki i często wpadamy na siebie, wymieniamy doświadczeniami i grzejemy w kubkach z kawą. Raz wybrałam się w góry do Kreatywności i polecam serdecznie, bo aż mi dech zapierało, jakie widoki i z jakim powerem się wraca. Ogólnie kręci mi się już w głowie i mam permanenty jetlag, ale jest tak wspaniale... Na przykład we Wdzięczności nabrałam cudownej perspektywy, kupiłam 4 kilo samozadowolenia i poczułam się wybrańcem losu i pączuszkiem w maśle. Co prawda Wdzięczność graniczy z Litością, ale nie miałam akurat ważnej wizy, więc się odbiłam od celnika. Moja mama mówi, że wybrałam się za blisko Ryzyka, bo tam podobno teraz zamieszki i strzelają do ludzi. Jakieś prześladowania kobiet się zaczęły na tle finansowym czy jakoś tak. Tu gdzie teraz jestem żadnych wybuchów nie słychać, a nocą niebo jest ciemne. Więc chyba to tylko plotki, albo Ryzyko leży dalej niż myślałam. To pa! lecę na samolot.

czwartek, 31 maja 2012

Najlepszy rok mojego życia

Nie jest to Nowy Rok, ani nawet nowy rok akademicki, ale u mnie właśnie minął rok.... Nawet nie kalendarzowy. Symbolicznie, życiowo. Skończył się pewien rok oznaczający obrót koła, domknięcie cyklu. Prawie rok temu M wyprowadził się z domu. Czuję potrzebę podsumowania oraz jak zawsze, nie robienia żadnych postanowień.
Można powiedzieć, że to był rok dramatyczny, gdyż rozpadło mi się małżeństwo i 15-letni związek, pożegnałam się z wizją bycia połówką jabłka, planem wielodzietnej rodziny oraz psa, kurs franka wprowadził mnie w stan przedzawałowy i widziałam siebie mieszkającą z Dzieckiem w kartonie, zepsuła mi się lodówka i pralka, Dziecko przeżyło traumę i przestało spać w swoim łóżku, obwisły mi niektóre części ciała, utraciłam możliwość pracy na niecały etat, posiwiałam i spędziłam wakacje z teściową, dostałam najczarniejszą robotę w całej firmie...
Można tak powiedzieć i na pewno jest to prawda. Wszystkie te myśli towarzyszyły mi w jakimś stopniu przez cały rok, może nie wszystkie na raz, ale zawsze któraś się tam pętała, szczególnie mocno dając o sobie znać w dołujących fazach cyklu miesięcznego.
A jednak gdy zabieram się za podsumowywanie, muszę wytężyć pamięć lub sięgnąć do wcześniejszych notek, aby przypomnieć sobie te ciemne chwile. Zabieram się do napisania tego od paru tygodni (paru, znaczy więcej niż 4) i wygląda na to, że przeżyłam właśnie rok:
- kochania samej siebie, zaprzyjaźniania się, opiekowania, poznawania
- odkrywania prawdziwych przyjaźni, siły jaką daje mi przyjaźń
- ciszy i radości z przebywania samej we własnym domu
- otwierania na innych ludzi, dostrzegania, że absolutnie każdy jest interesujący
- wybaczania innym i sobie też, ale to patrz pierwszy bullet
- wdzięczności za moje życie, zdrowie, siłę, przyjaciół, wiarę
- bycia całością.

Nigdy chyba nie nauczyłam się tak wiele w ciągu jednego roku. Nigdy nie poznałam tylu wspaniałych ludzi, nie odbyłam tylu wzbogacających rozmów, nie słuchałam z takim zainteresowaniem.
Był spontan i masa nowych rzeczy.
Zaczęłam znowu czytać (i słuchać) książki. Malować paznokcie. Palić papierosy (tym razem bez wyrzutów sumienia!). Zarywać noce. Kochać się bez zobowiązań. Chodzić do kościoła z przyjemnością. Słuchać ostrej muzyki. Tańczyć. Płakać nas sobą. Upijać się. Jeździć na nartach. Prosić o pomoc. Mówić pieprzę to. Chodzić w sukienkach. Nie planować. Pisać. Ćwiczyć. Odmawiać. Sięgać. Łamać swoje zasady. Uczyć się. Zapraszać gości. Chodzić na koncerty. Żyć tu i teraz.

Bardzo dziękuję M za odwagę i stanięcie twarzą w twarz z prawdą, bo mnie na to nie było stać.


sobota, 19 maja 2012

Heroizm

Jest weekend, świeci słońce, lubię siebie i swoje życie, mam sporo planów na najbliższe 2 dni i akurat nigdzie sie nie muszę podróżować (chwilowo mam prawie wszystkie torby i walizki rozpakowane). Więc pytam i to glosem dramatycznej rozpaczy pytam WHY??? Dlaczego mam gorączkę i mega ból gardła? No skąd i po co?
W zasadzie musiałam zarzucić wszystkie swoje plany i już o 13 przestałam lubić swoje życie oraz Dziecko. Nie postoję dzis sobie w kolejce do zadnego muzeum. W poczuciu ogromnej dziejowej niesprawiedliwości i prześladowania postanowiłam mimo wszystko podjąć sie zadań heroicznych. I tak dzięki Siostrze mam skręcony trenażer orbitrek i tylko cztery podkladki fi 18 zostały luzem. Dzięki Ojcu memu oraz Siostrze mam wreszcie wyniesioną choinkę z balkonu, M zabrał Dziecko precz, a pani Luda myje właśnie okna. W ten oto sposób nie kalając zbytnio rąk pracą wykorzystalam swoje marne samopoczucie i wrodzoną dobrotliwosc innych by dokonać czynów przełomowych. Idę chorować dalej z Lannisterami.

czwartek, 17 maja 2012

Śmieć posortowany

Już się żaliłam, że mam taki zachrzan w robocie, że nie nadążam zawijać sreberek... do tego kilka trudnych rozmów, rozstanie z długoletnim pracownikiem, lekko beznadziejna podróż pociągiem i spotkanie które zaczęło się z 5 godzinnym opóźnieniem... Troszkę mnie przygięło i dziś w zasadzie powinna być sobota. Czy związek zawodowy nie mógłby wywalczyć dla mnie soboty w co drugi czwartek? I w ogóle co na to Trybunał Praw Człowieka. Czy człowiek nie ma prawa do niewyrabiania?
Ale nie o tym.
Bo ja tu w tym pędzie pracowym, jakoś nocami ogarniam chałupę i nie zapominam o obywatelskim obowiązku sortowania śmieci, przynajmniej tych bardziej rzucających się w oczy. Plastik, papier, szkło - czyli z grubsza jogurty, listy, wino. Ogarniam ja, nawet Dziecko ogarnia. Nie ma wątpliwości, śmieci sortować trzeba, chociaż nie zawsze wiadomo jak. Staram się.  Więc możecie sobie wyobrazić wszechogarniający mnie wkurw, gdy po przykrej i niepotrzebnie długiej delegacji, wróciłam do domu o północy i znalazłam w pojemniku z posegregowanymi i czystymi śmieciami skórę od makreli wędzonej. Wykorzystując energię wkurwu sprzątnęłam to, bo to mój dom i moje śmieci. A potem poczułam wdzięczność... do M ... za tą makrelę i wkurw. Za pewność, że mój śmietnik ma być posortowany. To nie jest kwestia czy tylko jak. A jak to kwestia czasu. (a czas to pieniądze...). Dziękuję, bo umocniłam się dziś w swoim prawie do kontroli nad moim śmietnikiem.

poniedziałek, 14 maja 2012

Strajk na poczcie

Nie mam czasu kasować spamu. Nie nadążam oznaczać maili do załatwienia. Nie czytam załączników. Nie czytam nawet drugiego zdania.
Góra rośnie i rośnie. Jak listy w opuszczonym urzędzie pocztowym w Ankh-Morpork. Już sobie szepczą, knują, tworzą związki zawodowe maili nieprzeczytanych oraz oznaczonych jako nieprzeczytane. Te oflagowane zakładają rady robotnicze i niedługo mnie obalą jako nieczułego kapitalistycznego odbiorcę.
Nigdy chyba nie miałam tak, że się nudziłam w pracy. Ale to co się dzieje ostatnio, to ja dziękuję i wysiadam na najbliższym przystanku. Pojechałabym w delegację odpocząć. Może być do Radomia. Albo na szkolenie... a jakaś konferencja 2-dniowa to już w ogóle marzenie.
Obiecuję sobie, że coś na spokojnie przeczytam w domu, jakąś prezentację, ofertę, notatkę zrobię... ale po drodze załatwiam sprawy różne, próg przestępuję o 20 i zaczynam, ogarniać kuchnię, roznosić pranie do szaf, gotować kompot, wsadzać Dziecko do wanny, ćwiczę jogę i brzuszki na cześć zbliżającego się lata... i nagle jest 23, i mnie się naprawdę oczy kleją i mam w nosie tą zaległą prezentację, notatkę i ofertę. Strajkuję i ja i idę spać.
A najsmutniejsze jest to, że akurat ja mam życie towarzyskie i niespodziewanie szerokie grono osób które chcą ze mną rozmawiać przy kawie (że o winie nie wspomnę, ale ja zawsze "szkoda, ale jestem samochodem i niedługo muszę lecieć") lub chociaż przez telefon. I tak się składa, że jutro powinnam iść w wyprasowanym ubraniu... i dobrze abym miała komplet guzików przy marynarce. Dobranoc.

środa, 9 maja 2012

Przeplanowanie

Znów wpadłam w pułapkę przeplanowania, chęci upchnięcia wszystkiego w krótkim dniu, przyciasnym tygodniu. Znów zgubiłam listę rzeczy do zrobienia, przez co nie stała się oczywiście nieaktualna. Bynajmniej, jak to mówią w Radomiu.
Rzeczy normalne, rzeczy zaplanowane, sytuacje nowe. Buty Dziecku nowe trzeba, bo te co ma to mu "wystają". Ki diabeł? Może klapią, może za duże, może. Te drugie co ma są sznurowane, pani z przedszkola powiedziała że ostatni raz pomaga mu się ubrać. Ostatni raz jej dzisiaj powiedziałam, że jej praca to pomagać dzieciom...
Kurtki nie mogę znaleźć, wracam, biegam pomiędzy mieszkaniem a samochodem... aaa pewnie została w przedszkolu, przecież M odbierał Dziecko. Wszystko możliwe. Śmieci wynieść, mole wytłuc, keczup się skończył, do jedzenia chleb i jajka, mleko kokosowe oraz masło orzechowe. Sukienkę przymierzyć... shit za mała. Dołącza do stosik rzeczy ciut za ciasnych. Cholera. Iść na kawę z koleżanką czy poćwiczyć? E tam do niedzieli i tak nie schudnę.
Tankuję. Jak to możliwe, że znowu bak pusty? Przecież ja tylko zakład-dom i tak w kółko... ech. I na dodatek nie mam przy sobie karty... czyli prawa jazdy też nie mam. Co jeszcze może się wydarzyć w tak krótki poranek? A, no tak. Jest wiosna a ja myślałam że lato, bo mnie słońce zmyliło. Nogi mi zmarzły bez rajstopek i zsiniały. No to jeszcze rundka po kioskach. Beż babciny z klinem pod sprzączkę od stanika. Dobra, nawet się komponuje... z całokształtem tego dnia.
Z tego całego zamieszania, zapomniałam że mam wyluzować.
No i chyba dziś byłam doradzą personalnym od wszystkiego, pogodynką, informacją kolejową oraz ekspertem życiowym... zmęczyłam się.

niedziela, 6 maja 2012

Kiełki ze wsi

Chciałam w końcu coś napisać. Dość banalnego, o tej całej majówce, wsi, wypoczynku i procesie decyzyjnym. Ale laptopik blu mnie przerobił na szaro, bo udowodnił mi, że on majówki nie miał, nigdzie nie pojechał, wsi nie widział, nie palił ogniska, nie piekł kiełbasek z Lidla, nie pił tekili pod lipą i jego proces decyzyjny może być dłuższy nawet niż mój. Bo ja na ten przykład zastanawiam się, co napisać przez 2 tygodnie, na jaki kolor pomalować pokój od pół roku, i co zrobić ze swoim życiem od 10 miesięcy. Ale to nic w porównaniu z laptopikiem blu który się zastanawia czy wyświetlić mi literkę C czy nie przez 3 minuty. Więc być może czeka nas przerwa techniczna w blogowaniu, albo sobie w końcu kupię klawiaturę do ajfona i już.
Tymczasem długi weekend okazał się zaskakująco krótki. Ani się obejrzałam, a tu czas wyszorować ziemię z pięt, ogolić nogi (no co, na wsi byłam), położyć się spać przed 23 i wpiąć się w kierat jutro o 6 rano. Mam jednak poczucie, że oprócz lekkiej opalenizny i przeczytanych parudziesiąt procent książki (i paruset procent wypitych) przywiozłam z tej majówki kiełki decyzji życiowo-zawodowych oraz sadzonkę kolendry.
Sadzonka kolendry ma się dobrze na parapecie kuchennym, a te kiełki to chyba wsadzę do szklarni. Nigdy jeszcze nie miałam tylu wahań i wątpliwości. Zawsze działałam szybko i nie zastanawiałam się, czy może trzeba było inaczej. Więc te kiełki bardzo cenne są.

piątek, 20 kwietnia 2012

Notka bez odpowiedzi

Zawiesiłam życie na haku w przedpokoju. Odstawiłam ster w kąt i uznałam że i tak panta rei, więc ja sobie poczekam w kąciku, poobserwuję. Mam czas i nic poza tym. Ale znowu mną tak huśta ostatnio. Kiwa i się zataczam. Nie wiem, w którą stronę... Ogarnia mnie poczucie, że nic nie wiem, nic nie umiem, a tyle bym jednak chciała. Znowu spać nie mogę i staram się to poskładać jakoś. Ale Rozum dzwoni na błękitną linię, a tam Serce odbiera w jakimś egzotycznym języku. Nie możemy się dogadać. Może za mało reklam oglądam?
W nocy budzi mnie huk palących się mostów i skrzypienie zamykających się rozdziałów. Strategia na myszkę w kącie przestaje działać powoli. A ja nie wiem, jak nie wiedziałam. Ma być prawo czy może być trochę na lewo? Ćwiczyć czy akceptować? Spiąć się, zrobić i mieć satysfakcję czy odpuścić i mieć święty spokój? Po chińsku czy po amerykańsku? Dążyć do celu czy trwać w danej chwili?
Niektóre decyzje nie podjęte gniotą mnie jak żwirek w pantofelku inne jak zrolowana wkładka w konwersach. Tak dalej być nie może. I tak jak może być?

piątek, 6 kwietnia 2012

Do siego Jajka!

Wsadzam do koszyczka chleb mój powszedni, czyli kaszę jaglaną, marchewkę, czosnek, pestki dyni, sól, jajko, ser, czekoladę. Wsadzam też bułkę, kabanosa, plastikową papugę i gałązki borówki, bo ładnie wyglądają. Oby nam nie zabrakło w tym roku strawy dla ciała i duszy.
Wsadzę chyba jeszcze banknot, ich obfitość też by się przydała.
I wino.
I przyjaciela.
I rodzica.
I kochanka.
Obym ich miała pod dostatkiem.

Wszelkiego dobrobytu i zadowolenia oraz nieustającego poczucia, że żyjecie, Kochani! Zalejcie się porządnie w poniedziałek ;-)

czwartek, 5 kwietnia 2012

Kurz

Jako że rodzina odmawia przyjęcia ode mnie wkładu żywnościowego w zbliżające się święta, poszłam zakupić wkład ciekły wyskokowy. Akurat byłam w okolicach sklepu z winami gruzińskimi. Wchodzę i oczom mym winnym ukazuje się wnętrze klimatyczne. Wina leżą w kamiennych wykuszach na dębowych półkach, pokryte warstwą kurzu. Lada jest ewidentnie w trakcie konstrukcji, bo nie ma blatu tylko ceglany murek. Dokonuję wyboru i płacę, próbując zagadywać do sprzedawcy. Gość jest fachowcem, ale nie przejawia zbytniego poczucia humoru. Jednak nie odpuszczam i zadaję kilka pytań o pochodzenie i selekcję towaru. W końcu pytam
- Skąd pan bieże taki klimatyczny kurz na butelki?
- Do tej pory sprowadzałem w spraju z Burgundii, ale odkąd mam przebudowę lady, kurz jest nasz, autentyczny.

środa, 4 kwietnia 2012

Kolana

Człowiek gdy jest oceniany, a przy okazji filmowany w celu dokonania bardziej szczegółowej oceny potem, to się stara. Wręcz się spina, tak mu zależy, wręcz daje z siebie wszystko tak bardzo chce wypaść naj. Właśnie w takich okolicznościach się spiełam, dałam z siebie wszystko i wypadłam ... z trasy slalomu. Z pionu wypadłam i niemalże z butów. Szkoda że nie z nart. Się obróciłam, wyskoczyłam i potoczyłam, uderzając kolanami w lód gdzieś za własnym barkiem lewym. Mam to na filmie :-)
Zdarzenia dnia codziennego, które nastąpiły później potwierdziły moje przypuszczenia, że kolana się przydają dość często w ciągu doby. Ostateczna częstotliwość aplikowania ciężaru na kolana przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Kolan używam na przykład do: wciskania klucza do dziurki w drzwiach, zmieniania biegów, sięgania po pastę do zębów, przekręcania się w łóżku z boku na bok. W sumie to cały czas ich używam. Dziwne jest jednak to, że bolą mnie wtedy tylko kiedy sobie chwilę posiedzę bez nadwyrężania ich. Dziwne, no.




wtorek, 27 marca 2012

Dolce Vita

Urodziny. Im większe tym mniejsze. Może do tych dzisiejszych podchodzę z mniejszym drżeniem niż do osiemnastki. A jednak choć nie planowalam niczego to wyszło zajebiscie. 20 stopni slonce śnieg Dolomity narty. Sto lat odspiewane na wyciągu. Skały powtarzają moje imię. Świeczka w cieście sliwkowym i toast wznoszony naprawdę zimnym piwem na słonecznym tarasie. A potem szampanem. A potem nalewką sliwkową. Cudowne towarzystwo, wesołych, zrelaksowanych ludzi z zakwasami w udach. Niektorzy naprawde przystojni. Sauna. Nie planowalam obchodzić urodzin, nie planowalam tez żadnej refleksji z ich okazji, jednak jedna nasuwa sie sama. Czymś musiałam na to zasłużyć. Życie jest dobre.

czwartek, 22 marca 2012

Bez pomysłu na tytuł

Zostałam sama w domu z całymi popołudniami do dyspozycji. Pierwszego z nich umyłam i odkurzyłam samochód, troszkę sprzątnęłam mieszkanie, posortowałam ubrania Dziecka, przebiegłam 13 km na orbitreku, obejrzałam film, zrobiłam pranie, poskładałam ręczniki, umyłam ekspres do kawy, zmieniłam pościel, poszłam na szybkiego drineczka do Sąsiadki, a to wszystko bez zarywania nocy.
Drugiego popołudnia poszłam na spacer, na obiad do knajpki, do kina i wyszorowałam kuchnię. Poczytałam książkę. Trzeciego i czwartego dnia było podobnie. Zakupy, gotowanie sprzątanie, czytanie, w sumie nic nazwyczajnego... a jednak trwam w samozadowoleniu.
I zaczęłam myśleć o tym jak to jest, że gdy zostałam sama to robię takie zwykłe rzeczy bez pośpiechu, z radością, zadowoleniem, smakując każdą minutę niemalże. Dlaczego w zasadzie nie mogę rozkoszować się moimi popołudniami gdy jest Dziecko? Przecież Dziecko jest super i fajnie z nim robić rzeczy, więc dlaczego przy Dziecku pojawia się spięcie, napięcie, konieczność, niedoczas?
Postanawiam sobie wiosennie luzowac zawiasy, kłaść dłonie na uda i rozmasowywać przeplanowanie i wymuszanie.
I wrzucać na luz.

niedziela, 18 marca 2012

Coś czy nic

Wstałam rano. W domu pusto, Dziecko śpi. Już dawno tak nie miałam, całej przestrzeni dla siebie, całych dwóch godzin do dyspozycji. Wykorzystuje je oczywiście w twórczy i pożyteczny sposób. Przejrzałam ścianę na fejsie, sprawdziłam że wg horoskopu Majów jestem Niebieską Rezonansową Ręką, co wg mnie brzmi równie durnie jak to że jestem Baranem, poczytałam książkę, wypiłam kawę NA SIEDZĄCO, pomalowałam paznokcie pod kolor piżamy czyli na fuksję, zaczęłam się troszkę martwić tym, że powinnam planować już to przyjęcie i zacząć się przygotowywać, skoro goście będą o 11.
Poza tym to mam przed sobą tydzień bez Dziecka oraz drugi tydzień bez Dziecka I Na Nartach, co wprawia mnie w nastrój tak beztroski, że aż mam lekką panikę, jak najlepiej i najbardziej egoistycznie wykorzystać nadchodzące 5 popołudni, wieczorów, nocy i poranków gdy nie będę musiała się troszczyć o nic i nikogo tylko o siebie samą.... odwieczny dylemat czy robić coś czy lepiej nic?


czwartek, 8 marca 2012

Durne to święto

Wstałam rano żwawo bo marzyłam, o tym żeby wypić w spokoju poranną kawę. Siąść przy stole. A nie popijać w biegu między mieszaniem kaszy a myciem zębów. Siąść na krześle, a nie na Zygzaku czy innym ninjago. Rozsiąść się i położyć ręce na stole aż do lokci. Nie przemycać zupy łyżeczką, nie bronić cukru przed zakusami małych łapek, nie troszczyć się o kruchą równowagę szklanki z sokiem.
Siąść, położyć te łokcie nieelegancko na stole, pić kawę z łomonosowa, w ciszy skonstruować listę zakupów na wyjazd narciarski.
Ale nie, rypło się w momencie gdy otworzyłam lodówkę i oczom moim piwnym ukazał się obraz zniszczeń. Otóż opakowanie z papryczkami nadziewanymi w oleju postawione do góry nogami odsączy papryczki nadziewane z oleju. Olej się rozlał. Więc zamiast realizacji rozpustnego planu przedstawionego w akapicie pierwszym, ocierałam biały ser z oleju, jogurt z oleju, resztkę sosu szpinakowego z oleju, masło z oleju, dżem z oleju, dwie półki z oleju, ścierkę z gazy z oleju. I litowałam się nad sobą w tej robocie, że ta kawa stygnie i jednak ją popijam na stojąco, że ktoś buszował w lodówce w nocy, a ja to sprzątam, a może to ja sama sobie taki los zgotowałam wpychając ten sos łokciem?
Jak wiadomo rozlanie oleju czasem zwiastuje pojawienie się w okolicy Złego, dobrze że mieszkam daleko od torów tramwajowych i od Moskwy w szczególności i nie jestem Anuszką, ani poetą. Ale i tak poszło, bo naszła mnie taka refleksja przy tym durnym święcie, że wszystkie kule u moich  zgrabnych kobiecych nóg nałożyła na mnie natura, że te kule to tak naprawdę moje jajniki, a ta gorycz kobiecej codzienności to nic innego jak smak estrogenu, progesteronu i innych hormonów, że te rozterki, smuteczki, zmarszczki i siwe włosy to skutek działalności mojego miękkiego i kochliwego serca oraz braku konsekwencji. I że w sumie nie mam kogo winić ani wobec czego wyrażać protestu.
Dalej idąc za głosem Złego od Oleju dotarło do mnie że te wszystkie marsze kobiet, prawa kobiet, kogresy kobiet, sztuka kobiet, przedsiębiorczość kobiety, kobiety w biznesie, kobiety w pracy, kobiety w zarządzie, kobiety w macierzyństwie i tym podobne to w rzeczywistości pławienie się w swojej słabości i ograniczeniach, domaganie się "zróbcie za mnie, troszczcie się o mnie, bo ja taka mala i taka slaba". No nie wiem, co myślicie? Ja jednak jestem przeciw. Nie chcę aby kobiety to była grupa zawodowa. I nie chcę aby kobiecość trzeba było świętować tulipanem i osładzać czekoladką w specjalnie wyznaczonym dniu. Wystarczy że ja sama ją sobie będę świętować, kiedy chcę i jak chcę. Na przykład dziś uczczę ją czystą lodówką.

wtorek, 28 lutego 2012

Wniosek unijny

Byłam na tych feriach i że tak powiem się spłukałam. Kawka, gofr, gogle, kawka, grzaniec, doładować karnet, placek ziemniaczany, kijek, wynajęcie nartek, kawka, grzaniec, coś na kanapki. Ale to nic, bo to było jakby ujęte w prognozie i z taką ewentualnością się liczyłam. Mniej więcej z taką. Może raczej mniej niż więcej.
Ale to nic, planowałam wrócić i żywić się kaszą z jabłkiem przez miesiąc i odbudować strzaskany budżet domowy. Tymczasem dupa blada. Bo wróciłam w sobotę i już od progu rozpoczęłam tworzenie mentalnej listy marzeń. Obecnie pilnie potrzebuję:
- kaloszków z kokardką
- tej książki
- udziału w Progessteronie
- kuponu na depilację laserową z grupona
- kasku
- kijków
- nart
- kolczyków
- lampy sufitowej
- szafy do przedpokoju
- masażu
- pedicure
- zestawu win
- karnetu na siłownię
- 10 litrów farby Flugger
- ceramicznego kubka termicznego
- czarnej spódniczki
- wizyty w solarium
I trochę gotówki, bo chcę jechać na narty.
I niech ktoś się Dzieckiem zajmie, gdy ja będę korzystać z powyższych dóbr.
Na pewno jest jakaś dotacja unijna na Zaspokajanie zachcianek kobiet do 35 r ż z rejonów silnie zaludnionych w ramach programu operacyjnego Innowacyjne społeczeństwo to społeczeństwo szczęśliwie konsumpcyjne. Gdyż odkąd przeszłam w tryb oszczędnościowy podoba mi się absolutnie wszystko co zobaczę w internecie, na wystawie, a nawet na billboardzie. Łakomię patrzyłam wczoraj na roboczą kurtkę z Juli...

niedziela, 26 lutego 2012

One Lovely Blog Award



Spotkał mnie zaszczyt i od autora Ogrodu Sopli i Piór dostałam wyróżnienie w tej łańcuszkowej zabawie.... bardzo miło, doprawdy. Dziękuję!
Zgodnie z zasadami mam:
- wkleić linka do bloga osoby która mnie nominowała
- umieścić logo One Lovely Blog Award
- napisać o sobie 7 rzeczy i domyślam się, że chodzi o coś bardziej odkrywczego niż że nazywam się Agata i mam Dziecko:)
- nominować 16 innych blogów

No to jadziem z tą siódemką.
  1. Nie lubię chodzić po klubach. Jest tam dla mnie za głośno i nie za bardzo wiadomo co robić ze sobą. Pogadać to można w kawiarni. Napić się lepiej przy dobrym jedzeniu. Tańczyć to ogólnie lubię, ale muzyka disco-electro kojarzy mi się wyłącznie z uszkodzoną taśmą produkcyjną w hali montażowej. Upokarza mnie selekcja przy drzwiach niezależnie od tego czy ją przechodzę czy nie. Przeważnie przechodzę, ale i tak jest dla mnie poniżające, że jakiś osiłek w za ciasnym garniturze decyduje, czy jestem godna pokazać się w reprezentowanym przez niego przybytku i płacić tam po 7 zł za wodę bez gazu.
  2. Nie myję okien. Nigdy. W ogóle. Chyba że używanie spryskiwacza i wycieraczek w samochodzie się liczy?
  3. Podziwiam konsekwencję i marzę by się w coś takiego zaopatrzeć. Jednak u siebie dostrzegam co i  rusz hipokryzję. I pfff.
  4. Tak zwane modne ubrania zaczynają mi się podobać dopiero wtedy gdy już absolutnie wszyscy są w nie ubrani. Kupuję je zazwyczaj w kolejnym sezonie.
  5. Mam wrażenie że na niczym się nie znam i nic nie robię tak dobrze jak bym chciała.
  6. Nie mam i nie potrzebuję mieć zdania w sprawie ACTA. Ani Grecji. Ani Afganistaniu. Ani Euro.
  7. Czasami chciałabym sobie nie DAWAĆ RADY.

A teraz pora na moje wyróżnienia. I tu pojawia się problem, głównie z tym że ma być ich 16. No cóż, obecnie nie jestem wciągnięta w aż tyle blogów. Zatem, moje nominacje to:

czwartek, 23 lutego 2012

Umiem ale nie chcę. I co dalej?


Tak do mnie dotarło zupełnie przy innej okazji, że jestem rozdarta pomiędzy akceptowaniem świata, a potrzebą zmieniania go. Pomiędzy akceptowaniem ludzi takimi jakimi są, jacy pojawili się w moim życiu, a zachęcaniem ich do rozwoju, pokonywania siebie. To tak zupełnie bez związku z wyjazdem z Dzieckiem na narty.
No bo tak. Dzień pierwszy, lekcja prywatna, przystojny instruktor, ośla łączka, nowe gogle na zachęte. I co? „Ja chcę do mamy, nie chcę na wyciąg, nie umiem, nie chcę, ja chcę do mamy”.
Ok. Nie ma sprawy, może za silny wiatr.
Dzień drugi. Szkółka narciarska, same maluchy z czego jeden to przyjaciel Dziecka, trzech profesjonalnych instruktorów z tak zwanym podejściem, jeden przebrany za wielkiego pluszaka, uśmiech, zabawa, ślizganie się, wymyślanie śmiesznych słów na pozycje narciarskie, profesjonalne, kolorowe pomoce, ode mnie talizman piłeczka na zachęte, słońce świeci, śnieg skrzy. I co? „ja chcę do mamy, nie chcę się uczyć, nie umiem, nie chcę, ja chcę do mamy”.
Uff. Ok, grzaniec, gorący prysznic, wieczorne przytulanie.
Dzień trzeci. Wypisujemy się ze szkółki, pluszowy miś zwraca kasę z pluszowym uśmiechem. Nie ma co zmuszać, nic na siłę. Razem zakładamy nartki, znaczy ja też. W pokojowej atmosferze ześlizgujemy się dwa razy z oślej łączki. Dziecko się nie boi prędkości, upaść się nie boi, pozycję ma prawie nie kiblową, natomiast odmawia zrobienia pługu.
„Nie bo ja nie umiem. Ty mi ustaw tak nogi. Nie wygodnie mi tak.” Ok. Wjeżdżamy orczykiem jeszcze raz, ześlizgujemy się z uśmiechem. „To możemy już iść? Już nie chce mi się jeździć.”
Troszkę naciskam, odrobineczka szantażu, tak na pół promila. Bo z basenem podziałoło i było git. Tym razem w reakcji dostaję atak histerii.
No i co ?? Tylko mi nie mówcie, że nie każdy musi być narciarzem.

Bo ja zjechałam dopiero trzy razy z Nosala, ale już to poczułam i chcę więcej! Szu szu szu szuuu.

czwartek, 16 lutego 2012

Lew na czerwonym tle

Wczoraj to sobie świetnie dałam radę. Najpierw wytarzałam Dziecko oraz jeszcze jedno dziecko pożyczone w śniegu, a potem sporządziłam już tylko swojemu Dziecku posiłek w 2 minuty i 17 sekund złożony głównie z konserwantów, przeciwutleniaczy, sztucznych barwników i konserwantów, aha i mięsa oddzielanego mechanicznie, aha i warzyw w postaci keczupu, znaczy dałam mu 2 hot dogi, włączyłam Fineasza i Ferba na youtubie (uwielbiam, że youtubu proponuje kolejne podobne filmy) i poszłam sobie, gdyż kocham świntucha Tyriona Lannistera bardziej niż świętoszkowatego Robba Starka i ogólnie jestem wciągnięta. Więc poszłam czytać. I tak czytałam i czytałam, że aż dziś rano musiałam w biegu sporządzić zupę warzywną (właśnie, soczewicy lecę dosypać) bez której to zupy groziłaby mi na dziś monodieta złożona z pączków służbowych. A tak dzięki tej zupie jest nadzieja dla mojej gibkiej kibici, że aż tak bardzo nie ucierpi.
A poza tym to co u Was? mniej więcej wiem, bo czytam te blogi, ale nie komentuję, bo zazdroszczę ;-) Podróży i romansów. I nowych kozaczków. Więc siedzę cicho, bo mnie skręca. Więc co poza tym u Was?
No bo ja czytam te książki Martina, a odkąd odkryłam w jakiej kolejności należy je czytać, to mi się strasznie podobają, bo wcześniej to trochę dziwne było. Jak w Memento.
To lecę budzić dziecko i na zakład odnosić dalsze sukcesy zawodowe!

środa, 15 lutego 2012

Na randce z cieniem

Tak się złożyło, że w Walentynki spotkałam się z własnym cieniem. Mój cień zainspirował się Marilyn Monroe, więc się za nią przebrał.
Z Marilyn wziął sobie lekkość bytu, powierzchowną powierzchowność, umiejętność brania z wdziękiem, wykorzystania flirtu, spryt kobiecy i dziewczęcą naturę. To że nie musi DAWAĆ RADY, bo rada jej się niejako sama daje.
Za skłonność do depresji, samotność, mało trafny dobór mężczyzn i pociąg do używek, tym razem podziękuję. To akurat posiadam na stanie. Merci, jak mawiają rdzenni Bułgarzy.

Przed randką stresowałam się jak należy się stresować przed pierwszą randką. Aż do mdłości. Otarłam się o strefę paniki, zażenowanie i wstręt. Mój rozum wytykał debilizm całej sytuacji i kpił z plastikowych loków w kolorze platynowy blond.
Było mi gorąco, duszno i trzęsły mi się nogi. Nie wiedziałam co powiedzieć.

Natomiast po randce miałam satysfakcję. Jak to po dobrej randce. Dałam radę :) Zaliczyłam Marilyn walentynkowo.





niedziela, 5 lutego 2012

Giulia

Byłam na koncercie Giulia y Los Tellarini. Nie miałam pojęcia, że taka formacja istnieje do czasu gdy nie dostałam biletu w prezencie, ale bardzo się cieszę, że ich poznałam. Giulia ma niesamowity głos, śpiewa trochę jakby się pieściła i udawała dziecko, choć potrafi też zejść tak nisko, że przestaję ją słyszeć. Natomiast Los Tellarini grają cudnie. Pokochałam rytm na trzy. Raz - dwa - trzy. Jak orkiestra bardziej niż zespół. Taka cyrkowa, co maszeruje w kolorowym korowodzie. W zasadzie każdy gra swoje, a jednak razem brzmi to ciekawie jazzowo-folkowo, cudowna gitara, jeszcze cudowniejszy odważny saksofon. Sceniczne zachowanie Giulii moim zdaniem wykracza czasem poza dziwactwa przewidziane dla artystów, choć pewnie można polemizować, że tu akurat granic nie ma. Kilka jej tekstów zupełnie mnie zaskoczyło nie dlatego że same w sobie są szokujące, tylko że czegoś takiego nie spodziewam się usłyszeć na klubowym koncercie. Miałam wrażenie, że Giulia mówi co myśli, zanim to jeszcze pomyśli. Giulia dedykuje piosenkę swojemu wyimaginowanemu dziecku mieszkającemu na odległej (na szczęście) planecie, wspomina bezrobocie w Hiszpanii i posyła kąśliwe uwagi pod adresem A. Merkel, deklaruje że wódki never no more i przedstawia teorię jakoby pamięć mieściła się we włosach. Wyciąga zza wzmacniacza przeróżne grzechotki i nimi potrząsa. Jest dziwna jak skrzyżowanie papugi z kotem. Szkoda że tej dziwności nie czuć na płycie.
Fajnie grają.
Dobrze było tak postać w tłumie i posłuchać czegoś ciekawego. Trudniej mi się było natomiast odnaleźć w grupie, z którą byłam. Wzrok mi uciekał na boki, żaden temat mnie nie interesował, niewiele mnie bawiło. Bardzo skupiałam się na zagonieniu własnych myśli do kąta. A myśli te brzmiały z grubsza tak: spaaaaać, do łóżka, do domu. Ogólnie miałam poczucie, że wszyscy się czują w atmosferze knajpianej jak we własnej skórze, nigdzie się nie śpieszą, mają stosowne makijaże i bluzki wyjściowe oraz dopasowane dodatki, podczas gdy ja wybiegłam w czymkolwiek i polarze porzucając na stole talerz po pierogach. Muszę odnaleźć w sobie nutę imprezową, bo zaraz się karnawał skończy.