Latem gdy jechałam na wakacje z jogą, zapomnialam wziąć dowodu rejestracyjnego i maty do jogi. Teraz zostawiłam całą torebkę i spodnie narciarskie Dziecka. Najważniejsze to trzymać poziom!
Dziewczyny z MbL mi przypomniały, że mam bloga i blogerskie alter ego. Z tej to okazji pomyślałam, że może mały updejt spraw, z którymi ostatnio muszę dawać sobie radę: - bezsenność, obrażalstwo i zazdrość Dziecka - ciężar 50 zaręczynowych diamentów - rozterki z cyklu, co mam dziś zblendować w moim ukochanym vitamixie (tak, Unold numer dwa też pojechał do reklamacji i nie chcę go już oglądać. Sprzedałam nerkę i kupiłam vitamixa, pfff) - jak się zabrać za subjuntivo - interaktywne kampanie marketingowe. Ale spoko, ze wszystkim daję radę :)
Miałam nie pisać. Ale ostatnie burzące krew w żyłach wydarzenia sprawiły, że pojawiła się potrzeba podzielenia się czym następuje. Zaczęło się, jak zwykle, od nieodpowiedzialnych marzeń. Marzyłam mianowicie o szybkoobrotowym blenderze, którzy zrobi za mnie wszystko w kuchni, łącznie z mąką jaglaną i hummusem. Życie pokazuje, że nie wolno marzyć nad miarę, należy się wpasować i mąkę kupować w supermarkecie. Ale w kwietniu jeszcze tego nie wiedziałam i sobie marzyłam, aż postanowiłam pójść za marzeniem. Dokonałam przeglądu rynku i postanowiłam zakupić coś, co nie jest absolutnie najdroższe i co posiada dystrybutora krajowego - BioChefa. BioChef według internetu miał nie tylko mielić wszystko, ale także podgrzewać. Cudo to miało do mnie dotrzeć dzięki systemowi zakupów ratalnych w ciągu 2 tygodni. Kontakt z dystrybutorem był miły i dość częsty. Dwa tygodnie wlekło się niemiłosiernie i minęło niepostrzeżenie, a blendera nie ma. Prowadziłam z dystrybutorem korespondencję przez 2 miesiące...
Czytam w internetach , że zimno, jesień, szaruga, ciemno i ogólnie dekadencja i pełna wspominek schyłkowość. Mnie jeszcze nie trafiło, jeszcze tego nie czuję. Jesień jest kolorowa, słoneczna i malownicza z tymi porannymi mgłami. Przez okno wpada w ciągu dnia dużo słońca, w którym tańczy za dużo kurzu. Wcale nie marzy mi się sen zimowy. Chcę i ja jeszcze potańczyć zanim zamarznę. Chcę jeszcze trochę zupy z dyni, pieczonych jabłek i nalewki śliwkowej. Jeszcze dwie, trzy podróże zanim przyjdą mrozy na całego. Nie mam zdania w dyskusji czy przestawianie czasu jest dobre. Ale mnie to dobrze. Auta nie muszę skrobać z rana, nie siedzę w kubiku w openspejsie, nie wdycham naftaliny i cebulowych oddechów w autobusach. Mnie to dobrze. Syn się sam myje i ubiera z rana, śniadanie wciąga i jest gotowy zaledwie po jednej góra dwóch awanturkach. Korków prawie że nie ma, tylko jedno rondo w remoncie na trasie do szkoły. Ale w autku ciepło, milusio, muzyczka gra a kierowcy na drodze z pierwszeństwem p...
Komentarze
Prześlij komentarz