Posty

Wyświetlam posty z etykietą bałagan

Po wakacjach

Dziś będzie banalnie. Dziś pragnę złożyć hołd i oddać pokłon wszystkim tak zwanym matkom nie pracującym. Tym co wiecie, idą do supermarketu o 11 i cały dzień opalają się na placach zabaw. I oglądają seriale. Znaczy, pragnę im oddać pokłon, jeśli to prawda, że mogą cały dzień opalać się na placu zabaw, bo oznacza to ich świetną organizację i wybitne zdolności pedagogiczne. A jeśli to nieprawda, do czego się raczej skłaniam, to tym bardziej, bo łomatko, jest 15.48 dnia drugiego na tej robocie i łomariojózefie, ja już w mordę nie mogę... Dziś chciałam popracować przed świtem, ale z rana nie działał internet, więc się wlekło wszystko na komórkowym hotspocie. Potem ruszył internet i Dziecko ruszyło w tym samym czasie (sprawdzić, czy nie spał na ruterze). Potem robiłam śniadanie, więc wysypała mi się zawartość kosza na śmieci na podłogę kuchenną. Nie było akurat wody, więc nie miałam jak zmyć. Ale było wody akurat na tyle, żeby balon naciągnięty na kran się napełnił i pęk niespodzianie ...

Byt jest bytem

Wiadomo, że jak coś mnie nie obchodzi, to mnie nie zrani, no nie. No więc ja wybieram, że nie będą mnie obchodzić niektórzy ludzie i niektóre tematy i jestem na nie nieczuła. Wsadzam je po prostu do pudełka z napisem NIE MA a wiadomo, że byt jest bytem, a niebytu nie ma. Dlatego takie różne ciotki-plotki, libory i tuski mnie nie ruszają. Natomiast jak M nazwie pewną bardzo niewielką część mojego ciała brzuszydłem to mnie ruszy i przeżywam. Może warto wrzucić brzuch do tego pudełka?? Ale czasem coś mnie jednak dotknie poza moim świadomym wyborem i zamiast poddać się słodkiej zamule przed telewizorem, kupić coś durnego na allegrowie albo umyć podłogę, to ja siedzę i żuję w głowie dialogi, co się nigdy nie wysłowią na głos. -- A w ogóle to dziś jest dzień nieczytanego bloga, któremu moim zdaniem, bardzo blisko do bloga niekomentowanego. To sobie poświętuję słodkim winkiem, salut.

I am going to talk to some food about it.*

Rzeczy poszły dziś nie tak. Malutkie różne bzdurki, które do kupy razem wpędziły mnie w stan kompulsywnego zjadania orzeszków i wywołały potrzebę poleżenie na kozetce. Już o 6.30 się zaczęło od przypalenia kaszy. I to wcale nie było tak, że nastawiłam kaszę i zapomniałam, że się gotuje, woda wyparowała i wiadomo... nie, tak nie było. Ja w ogóle zapomniałam nalać wody. Kasza się usmażyła, a potem zmieniła w pół kilograma węgla. Będzie jak raz na zimę. Mam węgiel groszek, komu komu? Potem przy rozpakowywaniu zmywarki wylałam sobie kubek zimnej wody do kroksa. To był taki kubek co się obrócił samoistnie pod wpływem siły koriolisa czy innej siły odśrodkowej występującej tylko w zmywarkach. Potem Dziecko wydało z siebie serię kaszlnięć grzechoczących. Potem Dziecko rozprowadziło plastolinę ciemnozieloną po dużym pokoju. Potem byłam w pracy i telefon dzwonił zawsze jak wychodziłam z pokoju. Potem dostałam dwudniowego bana na przedszkole - nie wolno zarażać, trzeba iść do lekarza, sio do domu...

Zalałam komórki

Zaczęło się niewinnie. Spokojny dżdżysty poranek, zdrowe śniadanko, gimnastyka (tak, nawet mam zakwasy!). Dziecko śpi słodko. Tuż przed 8 byłam cała zrobiona, spakowana - woda mineralna, Dzieckowe gatki na zmianę, oba komórczaki, wszystko w torbie gotowe do drogi. Ubranie dla Dziecka przygotowane, tak żeby prosto spod kołdry z krótkim postojem w łazience mogło trafić do windy i do żłoba. O 8 podjęłam próbę obudzenia Dziecka, bez sukcesu, więc zlazłam sobie i jeszcze się pokręciłam przy kwiatkach, zmywarce i td. Nagle mój wzrok padł na kanapę, na której spoczywała spakowana torba. Kanapa była podejrzanie ciemna. Myśl szybsza niż internet w Netii przemknęła mi pomiędzy półkulami: ciemno-mokro-woda-komórki w torbie. Komórki wydobyłam z pełnego zanurzenia, zrobiłam im szybkie usta-usta i ułożyłam w bocznej ustalonej. Ale chyba padły na śmierć. Ten smutny fakt zburzył moją harmonię na resztę poranka. Potem zapomniałam bidonu do żłobka. Potem ułożyłam misterną piramidę rzeczy zaczynającą się...

Auta cz. 187645242

Zaginęło podwozie od Złomka z Duplo. W ramach poszukiwań odkurzyliśmy pod obiema kanapami. Wśród kłębków kurzu odnalazło się z pół kilo chrupków kukurydzianych, 17 flamastrów, a także kilka Zygzaków oraz jeden Marek Marucha. To ten zielony, z wąsami. Ustawiłam sobie 4 Zygzaki w rządku i troszkę się przelękłam tych małych zezujących oczek śledzących mój każdy ruch. Brrrr. Może one mają jakieś działanie hipnotyczne na dzieci? Anyway, Marek Marucha został ukochaną zabawką Dziecka. Szczęśliwe pożycie trwało jakieś 4 godziny i 34 minuty. Po tym czasie M wrócił z Dzieckiem z placu zabaw, bez Marka. M twierdzi, że z Markiem, ale fakty temu przeczą. Marka nie ma. Ponowne uniesienie kanap - bezskuteczne, żadnego Marka, żadnych Zygzaków. A właśnie, prowadzi mnie to do wniosku, że Zygzaki najchętniej rozmnażają się w otoczeniu kurzu, płatków kuku i flamastrów. No. Jako matka bez zasad i konsekwencji, zabrałam Dziecko do centrum handlowego, celem uzupełnienia stanu posiadania o Marka Maruchę. W se...

Sushi na Dzikim Zachodzie

Posprzątałam mieszkanie. Mało powiedziane, wylizałam mieszkanie. Wszystko po to by wzbudzić w sobie twórczą wściekłość. Ale się przeliczyłam i wzbudziłam samą tylko wściekłość kury domowej. Jak myję te parkiety, na kolanach, bo flamastrów mopem nie da rady, to mi się marzy małe mieszkanko, tak najlepiej 2x2,30. I zupełnie puste, szczególnie wolne od resorków. I kabli. W strefie tak zwanej "pracy" M, którą od reszty mieszkania wyróżnia stężenie urządzeń elektronicznych przekraczające normy unijne dla magazynów RTV-AGD oraz zawoje kabli o łącznej długości równej odległości Ziemia-Księżyc pomimo wykorzystania wszystkich znanych ludzkości sposobów bezprzewodowego przesyłu danych, a także plastykowych figurek robotów i cycatych wojowniczek, sprzątać wprost nienawidzę ze względu na te właśnie urządzenia, kable i cyculki. Oprócz tęsknoty za małym metrażem, w tych trudnych dla moich dłoni i paznokci chwilach, rodzi mi się jeszcze jedno marzenie. Marzenie o żonie. Która by się mną zaj...

Dziecko idzie do pracy

Wczoraj wydobyłam z czeluści piwnicznych rower. Jako że opony niczyje zostały zutylizowane zgodnie z założeniami (ha!), uzyskałam dostęp do mojego rumaka miejskiego. Rumak został przyprowadzony na salony celem obmycia go z kurzu. Ku zaskoczeniu mojemu wielkiemu, dzieła dokonało Dziecko, radośnie wołając "Myję wielki rower mamy". Cudownie. Wreszcie znalazłam dla Dziecka praktyczne zastosowanie. Szkoda, że ten talent nie objawił się podczas wielkiego sprzątania po imprezie, ale co tam, będą następne okazje. Natomiast dzisiejszy poranek zaskoczył mnie dwoma nieplanowanymi korkami oraz deszczem. W drodze do żłoba Dziecko najpierw zawołało "Ja chcę na nóżki", wlazło do kałuży po czym zażądało "Ja chcę na rączki". Główna ofiara tej operacji - mój granatowy płaszczyk. Trasę parking-sklepik (gdzie zaopatruję się w dzienną porcję węglowodanów złożonych pod postacią batonika)-zakład pracy pokonałam w strugach deszczu, który dopełnił demolki mojego dzisiejszego emplo...

Kryzys, czy co?

Dzisiejszych stresów z pracy nie będę komentować. Wystarczy powiedzieć, że próba koordynacji kampanii adwords, rehabilitacji, komunii, wesel i wyborów prezydenckich wprawiła mnie w nastrój turbo bojowy. Potem przypaliłam sukienkę na jutro żelazkiem. Chyba jednak wystąpię w ślubnej, chrzanić. Dziecko raz zsikało się w gacie podczas mojej samotnej chwili na lekturę. Kolejny raz, na bezczela, na moich oczach utworzyło kształtną kałużę na środku dużego pokoju, a następnie z kamienną miną posoliło ją i popieprzyło przy użyciu młynków kuchennych. Przy okazji zasikało sobie nowe buty oraz książkę o Bobie! Dodatkowo zeżarło kawałek żelowego pociągu. Nie wiem, jak duży. Zrobiony wczoraj własnoręcznie porządek zniknął. W fotel wgnieciony jest cały batonik muesli, który wcześniej pływał w wannie. Dziecko zidentyfikowało na blacie karton po mleku, z którego skrupulatnie wytrząsnęło ostatnie kropelki na swoją bluzkę, ale to pikuś, bo bluzka i tak cała w buraczkach. Czuję intuicyjnie, że to wszystko...

Brukiew

Mimo wstrząsających wydarzeń, życie toczy się nadal, i choć to trochę nie wypada w tych okolicznościach, nadal stawia mnie w sytuacjach absurdalnych. Oto właśnie skończyłam przygotowywać obiad dla rodziny. Spróbowałam. Co za syf. Analiza zawartości dania pod mikroskopem ujawniła, że brukiew została wzięta za pasternak, a brukiew smaczna nie jest. Ja tam tego jeść nie będę i już. Ale ogólnie eko-warzywka mnie zaskoczyły soczystością i słodyczą. Mam tu na myśli warzywa smaczne z natury, jak marchewka, kapusta, pomidorki i dynia. Brukwi mówimy zdecydowane nigdy więcej. A tak w ogóle to dziś zamieniłam się na życie z M. On rano wylazł do roboty pobierając uprzednio Dziecko do żłoba, a ja zostałam w domu i dzielnie klepię w dwa komputery już 7-mą godzinę. Robię do pracy coś czego zrobić nie umiem. Lekuchno się męczę. Dla odpoczynku poszłam się poganiać z niedźwiedziątkami Suzy, co to na wiosnę wyłażą z każdego zakamara. Lada moment M się zwiezie z roboty przytargując Dziecko (jeśli będzie p...

A potem była zmiana

Katar ropny, kaszel suchy, katar straszny. I tak mam od 5 tygodni. Cudownie. Jak nie urok to sraczka. Jestem dziś tak umordowana tym katarem, że nie robię nic. Co znaczy, że w żłobku byłam 3 razy, zrobiłam 1 pranie i ugotowałam 2 gary kaszy. Poza tym to nic nie robię. Czekam aż łupy przywiezione ze świąt się zepsują i wtedy od nowa zacznie się stanie przy garach. Kontrolnie poczytałam sobie, co można zrobić z pasternaku i okazało się, że jak z każdego warzywa - wszystko. Dziecko dziś super szczęśliwe. Umie w połączyć Warszawski Sen i Strażak Sam w jedną piosenkę. Było na rowerku z ojcem biologicznym. Dobrze się bawili. Całe osiedle słyszało pomimo zamkniętych okien, jak Dziecko się darło "nie, nie, nie, tata nie dotyka". Kąpiel zrealizowałam już jako matka samotna. Przy okazji lecząc katar metodą naturalną (sok z maliny + rum + nalewka z wiśni) znieczuliłam się na wybryki wanienne Dziecka. "Zrobię siedem plusk" nie wywarło na mnie wrażenia. Phi, nawet nie liczyłam t...

Wycinanki

Boszsz. Już mam dosyć bycia mamą-w-domu. Oraz żoną-w-domu. Chcę do pracy! Chcę siedzieć za biurkiem przez długie godziny, odpisywać na bzdurne maile i robić jakieś kolorowe zestawienia. Pliiiis. Powiem tylko tyle, że do najprzyjemniejszych momentów dzisiejszego dnia należy wieczorne mycie garów oraz wybieranie przecieru pomidorowego w Leklerku. Wiem, wiem, wiem, że sto razy marzyłam o tym, żeby zostać w domu i być mamą na cały etat. Następnym razem, jak będę odstawiać Dziecko do żłoba i poczuję, że moje życie traci sens, bo oddaję go na wychowanie obcym, to przypomnę sobie te ostatnie 3 dni. Te wszystkie majtki i spodnie, które dziś trafiły do prania, te wszystkie smarki wtarte w moją bluzkę i włosy, te wszystkie ściery do mycia podłogi, te wszystkie krzywo wycięte winogronka z papieru. Idę pomalować paznokcie, bo zwariuję!

Jak to jest?

Wielu rzeczy nie rozumiem. Jak tworzą się czarne dziury i co się dzieje z całym badziewiem, które tam wpada? Wojny i przemocy nie rozumiem. Miłości nie rozumiem. Dlaczego wolno nie dotrzymywać obietnic wyborczych? Dlaczego Wojtek Mann co piątek katuje nas Dracullą? Dlaczego M jak Miłość ma taką wysoką oglądalność? No tego wszystkiego nie rozumiem. Ale mogę żyć z tym faktem. Spoko. Natomiast jedno mnie denerwuje. Wchodzę w czwartek po robocie na chatę i ta chata aż błyszczy dzięki działaniom pani Ewy. A jak w piątek wychodzę do roboty, to zamykam za sobą drzwi do absolutnego chlewu. Absolutnego. Tyle że zrobionego na czystej podłodze. I tego nie rozumiem, a chciałabym. Ale popatrzmy na plusy dodatnie: świeci słońce, dziś przyjeżdżają Rodzice, jest prawie weekend i już za 6 dni znów przyjdzie pani Ewa. Aha, zrobiłam chleb. Pycha. Będę robić brownies. Czy już mówiłam, że powinnam iść na dietę? Ale chyba po prostu kupię spodnie o rozmiar większe.