Posty

Wyświetlam posty z etykietą przygoda

Fala

Obraz
Walizka jeszcze nie rozpakowana, piasek z butów nie wytrzepany,  a ja wciąż mam zawroty głowy... powiedzmy że od lotu, turbulencji, podróżowania. Było magicznie, jednorożce, pinakolada, tęcza i fontanny z serduszek. Obrzydliwie jednostajnie słodko!!! Było też pieprznie magicznie, a podświadomość to zawszony i podstępny kundel. Wywiodła mnie na manowce. Z zaskoczenia zaprowadziła ze słonecznej plaży nad betonowy basen, z rattanowego leżaka do łóżka przesiąkniętego łzami, z upału w wiatr i zawieruchę, czyli w przeszłość dokładnie sprzed roku. Nieświadomie i naiwnie (wciąż naiwnie, pfff) dałam się wywieść w te same kąty, pomiędzy te same trzciny i kraciaste obrusy, gdzie siedziałam sobie spokojnie uśmiechając się błogo znad lodowatej Alfy, gdy otrzymałam maila jak cios pięścią w splot słoneczny (tak to sobie przynajmniej wyobrażam), o tym co było rok temu. Wtedy wszystko do mnie zaczęło docierać. Dlaczego mnie mdli, dlaczego nie mam siły pedałować po prostej drodze, dlaczego cała t...

C'mon

Obraz
Ok, ok. Witam po przerwie, nadajemy na żywo z Ciechocinka, gdzie autorka niniejszego bloga wylądowała przelotem. Pomimo wyboru najkrótszego z możliwych turnusów, już ma się lepiej, kończy 3 szklaneczkę kagora i szykuje się do snu. Zapewne przyśni mi się Elvis P. gdyż właśnie co dopiero wróciłam z jego koncertu na żywo w tutejszej muszli koncertowej. Tak, Król grał w parku zdrojowym. Tuż obok polował Maxi Kaz. Niestety Wielki Elvis miał za małą ochronę i na scenę wtargnął nadprogramowy pan Włodek, który jak Kozak lub inny Irlandczyk dziarsko zadzierał kolanka w górę w rytmie Blue Suede Shoes. "C'mon" powiedział na to Król. Bo co miał powiedzieć. Tak więc uspokajam, Elvis rzeczywiście żyje i ma się dobrze, widziałam. Może trochę mu się akcent zanieczyścił, ale to od ukrywania się w trzecim świecie. Publikę ma wierną. Co prawda większość nie może już twistować, bo ich łamie w biodrze i nie dosłyszy (przynajmniej 80% publiczności posiada aparaty słuchowe, nie wiem, czy były w...

Open'er Festival

Bylam sobie sama na plaży. W zasadzie nie do końca sama, bo ostatnio wszędzie chodzę z niedźwiedzica Suzy i pewnie jeszcze trochę będzie się za mna włóczyć w ramach przygotowań do zmasowanej akcji depi. No właśnie z tego powodu ulokowałam mój ręcznik z ciężarówka na uboczu. Z tym że ja do wody zimniejszej niż 20 st. C na pewno nie wejdę! A w ogole to festiwal cudny. Pierwszego dnia mialam ciut mieszane uczucia, bo z jednej strony biceps ledwo mieszczacy sie w rekawku koszulki Eddiego z Pearl Jam, a z drugiej zimno śpiaco głośno i wala reflektorami po oczach, ale jakoś się przestawiłam na tryb festiwalowy I daję radę. A dziś chyba wieczór przed tivi, bo festiwalowe żarcie powaliło M. Może sobie kupię krzyżówki.

W końcu o tym pokoju

Czytam sobie teraz taką książkę o domu, w którym ni stąd ni zowąd pojawiają się pokoje, korytarze, zakamarki i takie tam. Nie wiem, czy przeczytam książkę do końca, bo ma 500+ stron, a ja czytam ją tylko przy myciu zębów, więc jakieś 7 minut na dobę w dwóch rzutach. Książka jest horrorem. No i czytam sobie czytam powolutku. Wybrałam się z Dzieckiem do HiMu po trochę odzieży letniej. Wsadziłam Dziecko do wózka takiego zakupowego, bo tylko w nim można Dziecko utrzymać w ryzach i zakupy nie kończą się demolką wystawy i spoceniem się rodziców. I z tym wózkiem wjechałam do HiMu. Ponieważ odzież dla dzieci 110-146 jest na drugim piętrze, wtoczyliśmy się do windy, Dziecko wybrało stosowną cyferkę spośród dwóch dostępnych. I tu zaczęły się dziać rzeczy. Winda zamiast zaszumieć i ruszyć do góry, zaszumiała i ruszyła w bok. Może nie zupełnie ruszyła, ale za to otworzyła drzwi tylne. Tylne w przeciwieństwie do przednich, którymi weszłam. Kilkakrotne ponawianie instrukcji na panelu sterującym nie ...