I am going to talk to some food about it.*
Rzeczy poszły dziś nie tak. Malutkie różne bzdurki, które do kupy razem wpędziły mnie w stan kompulsywnego zjadania orzeszków i wywołały potrzebę poleżenie na kozetce. Już o 6.30 się zaczęło od przypalenia kaszy. I to wcale nie było tak, że nastawiłam kaszę i zapomniałam, że się gotuje, woda wyparowała i wiadomo... nie, tak nie było. Ja w ogóle zapomniałam nalać wody. Kasza się usmażyła, a potem zmieniła w pół kilograma węgla. Będzie jak raz na zimę. Mam węgiel groszek, komu komu? Potem przy rozpakowywaniu zmywarki wylałam sobie kubek zimnej wody do kroksa. To był taki kubek co się obrócił samoistnie pod wpływem siły koriolisa czy innej siły odśrodkowej występującej tylko w zmywarkach. Potem Dziecko wydało z siebie serię kaszlnięć grzechoczących. Potem Dziecko rozprowadziło plastolinę ciemnozieloną po dużym pokoju. Potem byłam w pracy i telefon dzwonił zawsze jak wychodziłam z pokoju. Potem dostałam dwudniowego bana na przedszkole - nie wolno zarażać, trzeba iść do lekarza, sio do domu...