Posty

Heloł, nie wiem gdzie jestem

Po urlopie jestem. I nadal zjeżdżam. Bo wysoko byłam. Dobrze, że zjeżdżam, a nie spadam, heh. Nastąpił pourlopowy reality check na licznych frontach. Zawiedzione zaufanie, nadwyrężona przyjaźn, znów za dużo nadziei, niestety również za dużo kalorii, oraz spadająca wartość nieruchomości. Ale co tam, zjeżdżam, ale siedzę wygodnie przynajmniej :) Kiedyś usłyszałam i chyba się z tym zgadzam, że aby się rozwinąć, trzeba przejść ze strefy komfortu do strefy ryzyka i iść dalej, by otrzeć się o panikę. I to właśnie usiłowałam zrobić na zajęciach jogi. Moja strefa paniki zaczyna się w momencie, gdy mam przerzucić nogi za/nad głowę, na przykład do pozycji pługa, świecy, stania na głowie czy rękach. No po prostu nie idzie. Jakby ta ściana co ją mam przed sobą nagle się przechylała i parła mi na tyłek gniotąc go do ziemi - tak to wygląda w mojej głowie. No nie przerzucę tego tyłka, mur beton, no. Natomiast bardzo lubię wisieć z głową w dół zawieszona na linie przy drabince z dyndającymi włosami ...

Zjazd z endorfinowego haja

Myślę ostatnio trochę o miłości. Czy wszyscy takie ćmy są czy tylko ja? że się tak pcham, gdzie parzy i jeszcze się dziwię... sobie się dziwię. No myślę tak ostatnio, bo po pierwsze odkryłam jakiś czas temu, że mam rozbudowaną bardzo potrzebę miłości. I oczywiście pierwsze skojarzenie mam takie, że jak już się zakocham, to reszta pójdzie jak z płatka, znaczy frank poleci na łeb na szyję, Dziecko stanie się grzeczną panienką, załatają dziury w drogach, schudnę i wymłodnieję, a na świecie zapanuje pokój. Potem przychodzi drugie skojarzenie, ze heloł, cośtam już o sobie i życiu wiem i to tak wcale nie działa. Ale fajnie było tak przez ułamek sekundy pławić się w tym pierwszym skojarzeniu. Więc urealniam swoje oczekiwania, co nie znaczy, że eliminuję zupełnie opcję przejechania się i wylądowania na dupsku z ręką w nocniku. Sorry, taki lajf, im wyżej latasz tym mocniej się obijesz spadając. Ale wiecie, co? i tak warto.  A potem trafiam na taki tekst  co trochę jest zimnym pryszni...

Cywilizacja niedoboru

Siedzę na balkonie, z laptopkiem blue, winem i widokiem. Siedzę, oglądam serial, popijam wino i doceniam. Doceniam swoje życie. Siedzę i pławię się w jego jasnych stronach. Jego ciemne strony mnie nie interesują. Pławię się w nowej krótszej fryzurze, tańszym paliwie, ciepłym lecie. Patrzę na mrugające miasto i cieszę się na cichy wieczór, przespaną noc i czystą podłogę. Miałam napisać o tym, jak spaprał mi się weekend, jak w sobotę rano płynnie przeszłam od kaca do mycia obsranej podłogi (nie moje dziecko!), następnie obrzyganej podłogi (sześć razy - moje Dziecko), następnie nocy w szpitalu bez papieru toaletowego i z Dzieckiem podłączonym do kroplówki. Ale jakoś mi się nie chce, bo jelitówka minęła, zmyłam siebie szpitalną lepkość pod prysznicem, wyprażyłam się w słońcu, obejrzałam grad, pioruny i tęczę z suchego ganku i zza chmur wyszło słońce. Mam spokój. Chciałabym nim obdzielić moich bliskich. Tych którzy martwią się na zapas, którzy koncentrują się na tym czego nie mają. Każdy...

Walka o sypialnię

Mieszkanie bez faceta nie jest takie złe. Plecy myją mi goście, a bransoletek nie noszę. Jak ktoś mi w końcu jakąś zapnie, to chodzę w niej do czasu napotkania kolejnej litościwej duszy o zwinnych palcach. Dzis gdy Dziecko zasnęło w swoim łóżku, zakończylam rytualny obchod wlosci i z napoczetym piwkiem udalam sie do sypialni, by po prostu poleżeć i poczytać. Już sie kladlam gdy nagle usłyszałam lopot skrzydeł o niedomkniete okno. Ćma!!! pomyślałam i tygrysim skokiem rzucilam sie na klamkę. Udało sie ... prawie. Nagle zostałam w stosunkowo niewielkim pomieszczeniu sam na sam z ćmą wielkości wrobla, walacą skrzydłami po wszystkim i chcącą mnie pozrec. Cmy to ze mną robią. Sprawiają ze sie kule i włącza mi sie odruch ucieczki. No przestraszne są i już. Normalnie bym sobie spanikowala i schowała sie pod lazienkowy dywanik do czasu pokonania potwora przez mojego rycerza. Jako jednak ze rycerza nie posiadam (i nigdy nie miałam) to sie wzięłam do kupy, zalozylam okulary (cma sie od tego nie z...

W pępku

Myślę już od jakiegoś czasu, jak napisać to co czuję, żeby nie wyjść na nawiedzoną i egoistyczną wariatkę. Może po prostu opowiem, co mi się zdarza. Nie zdarzyło, tylko zdarza. Spotykam fajnych ludzi. Jak z kimś rozmawiam szczerze, to dostaję szczerość. Wracają znajomi z przeszłości i odkrywają przede mna nieznane mi dotąd ja. Odpowiadają na pytania. Nawiązujemy relację. Na przykład zobaczyłam w niedzielę na półce książkę i tak sobie przypomniałam jak ją kupiłam w Pasadenie z 9 lat temu, bo taki Michael mi ją polecił. A w poniedziałek siedzę sobie przy taśmie na zakładzie, a tu na Skypie przychodzi wiadomość ... od Michaela wysłana do mnie ... przez przypadek. Miał wysłać do żony, że niania chora, ale mu się NIECHCĄCY kliknęło na mnie. I sobie pogadaliśmy i pośmialiśmy się. I takich rzeczy dzieje się masa od dłuższego czasu. Zamarzam sobie dodatki w kolorze limonki i nagle w ikei rzucają takie drzwiczki do szafek limonkowe. Potrzebuję trochę czasu dla siebie i nagle Dziecko mi mówi, że...

Poranek z Marylin

Tyle rzeczy nie wiedziałam o Marylin. Że pięknie pisała, że została zdradzona... że 68 lat temu myślała tak jak ja rok temu... . ..i discovered and knew he had spent the evening and most of the morning hours with the other women to be prosaic and I thanked God I had waylaid him on the beach to protest my undying love - rejection I could endure but making a fool of myself even if he had been sincere in his love my pride could not take, also the fact that I was so foolishly loyal and that  I did not have a chance to wound him in some childish fashion was another blow to my as yet unsteady ego - I now would like a chance at a third act - the unsuspecting male and the vengeful female, but now I’m only fooling myself if I do get my last act i will portray the heroine who bravely suffers tucking in all away to use as barge some now unknown man. Czy to możliwe, że wszystko się już zdarzyło i że nasze życie to zlepek powtórek i urywków?

SM Remont

Zaczynam remont. Gruz sypie sie ze ścian prawdopodobnie już teraz, gdy ja stoję w korku i piszę te słowa... Wczoraj wyniosłam osobiście wszystko z przedmiotowego pokoju, z wyjątkiem giga kanapy i mega biurka. Szczególnie jestem dumna z rozplątania kablowiska zza telewizora oraz faktu ze ten ostatni mi nie spadł podczas transportu. Wyniosłam kontener rzeczy M i postanowiłam, że one już nie wracają. Wprawilo mnie to w stan dumy i nawet trochę euforii. Oraz przyprawiło o atak kaszlu. Zauważam, że do każdej kolejnej odsłony dramatu pt. Remont jestem coraz lepiej przygotowana. Nie tylko wysprzątałam front robót i zaplanowałam rozmieszczenie gniazdek i punktów światła, ale także pozbyłam się z domu Dziecka. Dziecko na zielonej trawce pod opieką ojca biologicznego, to dwie stresogenne istoty mniej niż przy poprzednich remontach. Uważam że tym razem wytrzymam tydzień bez załamania nerwowego, a nie tak jak dotychczas 3 godziny...